Santos 1981-brazylijskie dziewczyny.

Streetball_Girls_from_Brazil

W necie przeczytałem wiadomość o marynarzu, bodajże z Egiptu, który zaginął w Gdyni.

Wróciły wspomnienia z roku 1981, gdy statkiem PLO staliśmy 10 dni w porcie Santos w Brazylii, ładując kawę. Do bramy było około 30 metrów, a za bramą zaczynała się ulica Świętojańska. Nazwana tak przez Polaków, choć dopiero teraz, po 35 latach zastanawiam się jak ją nazywały inne nacje. Ulica Świętojańska (w moich wspomnieniach) to niekończący się ciąg knajp z dziewczynami tańczącymi na rurach (i bez rur), pełna pięknych kobiet wszystkich ras i mieszanek. Część posiadała też penisy, więc warto było być czujnym. Zwyczajowo w knajpie był fotograf – zwykle transwestyta. Byłem świadkiem jak już w Gdyni żona marynarza zobaczyła foto swojego męża w objęciach Brazylijki, które on włożył pod szkło na stoliku w kabinie i jakoś tak zapomniał usunąć przed powrotem do Polski. Przekonał się, że głupota i amnezja bolą.
Wracając do Santos, rok 1981. Dawne, dobre czasy. Na statku było 45 członków załogi i żona ochmistrza. Ale tylko przez chwilę. Po pierwszej nocy ostało się tylko:
– Na pokładzie:
a/ Trzeci oficer (emerytowany wojskowy, czołowy handlarz, skrzętnie zbierający ziarna zielonej kawy, która wysypała się z rozerwanych worków i śmiertelnie bojący się choroby byczych jaj, którą można zarazić się od prostytutek,
b/ marynarz – frajer, który akurat był pod ręką lub dupowłaz, wazelina trzeciego oficera,
c/ ja – studenciak, praktykant pokładowy, któremu marynarze płacili za zastępstwo.
– W maszynie:
Dwóch ludzi na podobnych zasadach.
– Hotel:
Normalnie było 2 kucharzy i 3 stewardów, a w Santosie max. 1 kucharz i 1 steward.
Na pokładzie byli też: ochmistrz (bo żona pilnowała) i radiooficer (dawniej żołnierz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego), bo wolał kablować na innych.
Cała reszta balowała z panienkami. Ewentualne zmiany następowały, gdy któremuś na lądzie zabrakło pieniędzy. Jedni skradali się wtedy na statek po szmal, ale czujni wachtowi łapali ich i szybko przekazywali obowiązki, a sami rzucali się w wir zabawy i objęcia panienek. Inni byli doprowadzani na statek przez policję, bo zabrakło im pieniędzy na rachunek w knajpie – zwykle
płacili, ale mało czujnie nie brali kwitu na czas. Ci obowiązkowo przejmowali obowiązki na statku, bo brali pieniądze z kasy statkowej, więc nie mogli się przemknąć.
Santos to był 12 port po wypłynięciu z Gdyni. Brać marynarska ostro handlowała w czasie żeglugi. Przykładowo drugi oficer przed Santosem twierdził, że uzbierał już na dobry, nowy samochód, czyli jakieś 120 dobrych pensji w Polsce Ludowej.
Choć miłe, brazylijskie dziewczyny kochały naszych bezinteresownie to posiłki, balangi, hotele, prezenty jednak kosztowały. Po jakichś 5 dniach załoganci zaczęli sprzedawać swoje biznesy ochmistrzowi, aby kontynuować beztroskie, brazylijskie życie. Ochmistrz był zawsze dostępny (żona na pokładzie), więc zabawa trwała w najlepsze.

Skąd skojarzenie z marynarzem, bodajże z Egiptu, który zaginął w Gdyni?
Podczas tego dziesięciodniowego postoju w Santos, niektórzy z członków załogi byli nieosiągalni przez 8 dni i nikt się tym nie przejmował. Póki była szkieletowa obsada statku to wszystko było ok.

A w Gdyni po powrocie:
– drugiego oficera stać było może na hulajnogę,
– ochmistrz wywoził biznes przez całą noc z częstotliwością: jeden Żuk co pół godziny,
– celnicy rano wyczołgiwali się ze statku i nie mieli wyrzutów sumienia, że zostali skorumpowani, bo nic nie pamiętali.
Dawnych wspomnień czar :-)

2 thoughts on “Santos 1981-brazylijskie dziewczyny.”

  1. witek says:

    Dobre, ale celnicy…najlepsze! :)

    1. Captain Darek says:

      Myslę, że nic się nie zmieniło po ponad ćwierćwieczu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>