Trójkąt bermudzki.

Bermuda_Triangle-937x520

 

Trójkąt Bermudzki to obszar, który znajduje się w okolicy wybrzeża Ameryki Północnej. Słynie z tego, że znikają tam bez śladu samoloty, statki i ludzie.

A w PRL po ulicach wielu polskich miast krążyła Czarna Wołga i porywała ludzi. Legenda Czarnej Wołgi mogła powstać jako reakcja na działalność SB, UB, choć marka pojazdu sugeruje też możliwość zaangażowania radzieckich KGB, czy GRU.

W przypadku Trójkąta Bermudzkiego działalność służb specjalnych raczej bym wykluczył, choć nigdy nie mów nigdy. Ale żarty na bok!

Istnieje wiele teorii: podmorskie złoża gazu, wiry, mniejsze gęstości wody, zmienne pola magnetyczne, Latający Holender, UFO itd, itp.

W 1980 roku wpływaliśmy w obszar Trójkąta Bermudzkiego, płynąc z Europy do La Guairy w Wenezueli. Była piękna, słoneczna pogoda i nagle na horyzoncie, przed dziobem statku niebo zaczęło ciemnieć. Niewielka kreska zaczęła się rozrastać, granatowo – czarne chmury wypiętrzały się i zaczęły obejmować statek. Robiło się coraz ciemniej, a jednocześnie pojawiły się błyskawice. Wpływaliśmy we front burzowy. Ładnie to wyglądało: za rufą pięknie i słonecznie, a z przodu i z boków kłębiące się, soczyste, ciemno -granatowe, miejscami czarne chmury, rozświetlane przez błyskawice, z dudniącym hukiem piorunów.

Wtedy też wysnułem teorię na temat powstawania trąb wodnych. Widziałem wraz z resztą załogi, jak w miejscu, w które uderzył piorun, pojawia się wir wodny i pędzi na spotkanie z chmurą. Gdy połączą siły powstaje trąba wodna ssąca z dziką radochą wodę z morza.

DSCF1033[1]

Kilka lat później czytałem książkę o dziwach natury. Było tam też o trąbach wodnych; że mało kto je widział, i że nikt nie wie jak powstają. Autor zapomniał sprawdzić u źródła, czyli spytać mnie. A tego dnia kilkanaście trąb wodnych krążyło wokół statku „Mieszko I”, a podziwiało to 40 członków załogi.

I to, niestety, jest najbardziej ekscytująca przygoda związana z Trójkątem Bermudzkim.  Coś, co bardziej utkwiło w mojej pamięci zdarzyło sie tuż poza jego granicami, na wyspie Haiti, a konkretnie w państwie Dominikana.

Pewnego razu, po kolacji wybrałem się na spacer do miasteczka Sanchez, na Dominikanie. Byłem tam już poprzednio z shipchandlerem (pojechaliśmy motorowerem we trzech: nas dwóch i jego pomocnik), balując w knajpce na rynku. Było miło, a ludność tubylcza przyjaźnie nastawiona. Ładne, małe, spokojne, bezpieczne miasteczko, gdzie nawet nie było taksówek i, według shipchandlera, bandytów.

Po krótkim zwiedzaniu  zaszedłem do znajomej knajpki na piwo. Obsługa powitała mnie przyjażnie i szybciutko obsłużony, sączyłem piwko kontemplując otoczenie. Moje głębokie przemyślenia i zachwyt nad pięknem architektury, przyrody i życia przerywały tylko przyjazne okrzyki poznanych wcześniej tubylców: „Jak się masz przyjacielu?” (oczywiście pokrzykiwali w swoim, tubylczym języku).

Mimo ogólnego błogostanu, o godzinie 2200 uznałem, że pora wracać na statek. Następnego dnia musiałem wstać o 0600, zrobić draft survey       i raporty. Wziąłem piwo w garść i spacerkiem podążałem w kierunku portu. Z mijanych barów padały miłe zaproszenia, żebym się dołączył do zabawy, ale przecież praca czekała.

Za ostatnią knajpą stanąłem przed wyborem: idę dalej oświetloną ulicą, a potem skręcam w lewo pod kątem 90 stopni, czy też wybieram skrót przez bagnistą łączkę z nielicznym drzewostanem. Poniżej ilustracja mojego dylematu.Mapy Google2

Pociągnąłem łyk piwa, zapaliłem papierosa, następny łyk… i ochoczo ruszyłem czerwonym szlakiem, który z każdym krokiem zmieniał kolor na czarny (chyba wzbudziłem czujność narciarzy?).

Dochodziłem do końca pasa zieleni, gdy nagle dostałem czymś w łeb, papieros i piwo wypadły mi z rąk. Coś rzuciło się na mnie z tyłu i obaliło w bagienko obok ścieżki. Jako, że to coś starało się mnie udusić i wciskało mi twarz w bagienko, założyłem, że mam do czynienia z człowiekiem. Trochę się zdenerwowałem i zacząłem wierzgać. Przez jakiś czas taplaliśmy się radośnie w bagienku, aż w końcu udało mi sie osiągnąć przewagę.  Leżał pode mną, a ja wychowawczo okładałem go pięściami. Powoli wymiękał i przestawał się ruszać, gdy dotarły do mnie jakieś dźwięki. Młócąc dalej podniosłem głowę, żeby zlokalizować źródło. Niestety, żródło okazało się być, nomen omen, okazałym Murzynem (przepraszam -afrodominikaninem), który skinieniem głowy subtelnie wskazał na swoją prawą rękę. Niestety, prawa ręka posiadała dłoń, która obejmowała rękojeść pistoletu. Zwykle w książkach bohater zauważa, czy jest to Luger albo Glock. Ja już nie wnikałem w szczegóły i, pojąwszy aluzję, zakończyłem lekcję wychowawczą.

Pierwszy raz byłem pod lufą pistoletu i trochę zeszło ze mnie powietrze. Faktycznie coś tam migało mi w głowie, ale chyba nie całe życie. I nagle zacząłem gadać. Gadałem jak najęty po angielsku, wyrzucałem potoki słów nie zważając na to, czy znają ten język. Tłumaczyłem, że nie warto mnie zabijać dla tych kilkunastu dolarów i z pretensją pytałem, czemu nie poprosili grzecznie, bo przecież postawiłbym im piwo (właśnie rozpoznałem w nich gości z ostatnio mijanej knajpy) i tym podobne bzdury.

Jednocześnie sięgnąłem do kieszeni koszuli, wyjąłem zwitek jednodolarówek i wyciągnąłem go w ich kierunku. Afrodominikanin przełożył pistolet do lewej ręki i sięgnął po szmal. A ja w myślach skomentowałem: Wy głupie ch..e, gdybyście wiedzieli, że w spodniach mam 160 dolarów i, też w myślach, zachichotałem szyderczo. Gadając cały czas zacząłem szukać upuszczonego piwa, narzekając na jego stratę, a potem na to, że papierosy mi zamokły. I tak, krok za krokiem, posuwałem się w strone otwartej przestrzeni.

Nie wiem, czy zdobycz ich zadowoliła, czy też uznali, że na takiego debila szkoda kuli. Dotarłem do portu i tylko dziwiłem się, że mijani stevedorzy dziwnie na mnie patrzą.

Wdrapałem się na statek po trapie i  spytałem marynarza wachtowego –  Filipińczyka, jak idzie załadunek worków z cementem. Odpowiedział chętnie i szczegółowo, ale oczy miał okrągłe ze zdziwienia.

W kabinie spojrzałem w lustro i wszystko stało się jasne – od stóp do głowy pokryty byłem brunatnym błotem. Musiałem osuszyć kawałek bagienka podczas wesołego taplania.

Nie ma to jak prysznic. Po półgodzinie czułem się jak młody bóg. Aha, przed kąpielą wyjąłem 160 dolarów ze spodni (były nawet czyste – dolary nie spodnie).

dolary150

Wniosek: ludzie są groźniejsi od przereklamowanego Trójkąta Bermudzkiego.

 

Na wszelki wypadek wyjaśniam zastosowane skróty i dziwne słowa:

SB – Służba Bezpieczeństwa  – organ bezpieczeństwa państwa działający w strukturach resortu spraw wewnętrznych, działający w PRL w latach 1956–1990,

UB – Urząd Bezpieczeństwa – powszechnie używane określenie organów bezpieczeństwa państwa funkcjonujących w Polsce w okresie stalinizmu (1944–1956),

KGB – КГБ СССР, Komitiet gosudarstwiennoj biezopasnosti pri Sowietie Ministrow SSSR – radziecki resort ochrony bezpieczeństwa państwa, istniał od marca 1954 do października 1991,

GRU – Główny Zarząd Wywiadowczy (ros.) Главное Разведывательное Управление – instytucja wywiadu wojskowego ZSRR, a następnie Federacji Rosyjskiej.

Draft survey – sposób wyznaczenia ciężaru ładunku załadowanego bądź wyładowanego ze statku. Termin ten pochodzi z języka angielskiego.

W celu wyznaczenia ciężaru ładunku dokonuje się pomiarów zanurzenia statku, następnie oblicza się wyporność i ustala bilans ciężarów (statek pusty, balast, paliwo, inne zapasy). Pomiary i obliczenia przeprowadza się przed rozpoczęciem i po zakończeniu operacji ładunkowych. Porównanie bilansów daje ciężar ładunku.

ship chandler – dostawca zaopatrujący statki.

stevedore – doker, robotnik portowy.

4 thoughts on “Trójkąt bermudzki.”

  1. Bliku says:

    Genialny tekst, genialny!
    Jak ja tęsknię za tak fajnym pisaniem. Gratuluje – zarówno tekstu jak i szczęścia w trójkącie (jakkolwiek to brzmi).

    1. Captain Darek says:

      Dziekuję:)
      Chyba ten sugerowany trójkąt jest bardziej niebezpieczny niż bermudzki.

  2. laik says:

    Tekst rzeczywiście bardzo ciekawy. Ale mam pewien niedosyt związany z trójkątem. Tym Bermudzkim.
    Tyle było sygnałów na temat jego trójkątnego niebezpieczeństwa, tyle ponoć jednostek pływających, latających i mówiących rozpłynęło się tam bez wieści, a tu tylko jedyne doświadczenie – napad z bronią w ręku na piwo? A może podróży w ten rejon było więcej i będzie jakaś kontynuacja tematu???

    1. Captain Darek says:

      Nie – trójkąt bermudzki mnie nie rajcuje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>