San Salwador – kusicielki z dżungli (niestety) część I

Seabord PeruOd początku mojej (wątpliwej) kariery morskiej starałem się unikać pracy na tankierach. Może był to efekt urazu z pierwszych dni na Turleju ( zobacz: http: //podfale.pl/1977-odessa-jalta-rejs-przyjazni-czesc-i/)? Zapach maszyny (poprawnie językowo – siłowni) budził we mnie wstręt, więc nie chciałem pływać na statku, który przewozi tak samo pachnący płyn.

Stosując tę niewyszukaną metodę selekcji zaliczyłem:

- Jako student (nie bardzo mogłem wybierać, choć wyślizgałem się z rejsu Garnuszewskim na Antarktydę – mam to wpisane w książeczkę żeglarską, ale z dopiskiem anulowano :)):

  1. Żaglowiec, fregatę „Dar Pomorza”.
  2. Dawne statki rybackie, a w WSM statki szkolno – instrumentalne: „Jan Turlejski”, „Horyzont”, „Zenit”.
  3. Drobnicowiec PLO „ Mieszko I”.
  4. Prom „Silesia”.

- Jako pracownik PŻM:

  1. 15 masowców,
  2. 1 motor tankier do przewozu płynnej siarki „Profesor Bohdanowicz”.

- Jako wolny elektron, który był niecnie wykorzystywany przez kapitalistów na zgniłym zachodzie:

  1. Dwa rorowce (promy samochodowo – pasażerskie) – „Schiaffino”, „Sally Sun”.
  2. 18 masowców (za dużo, żeby pisać nazwyJ).
  3. 8 multipurpose vessels, czyli statków wielozadaniowych (jak wyżej).

 

Muszę zacząć „zacieśniać”, za dużo dygresji na wstępie.

W PŻM pracowałem na dość dużych statkach. Zaletą takich statków jest to, że pojęcie zła pogoda, sztorm zaczyna się przy powyżej 8 stopni w skali Beauforta. Niestety, ostatni statek w PŻM oraz następne (u obcych armatorów) były kapciami. Przez 11 lat źle spałem, martwiłem się o ładunek, a czasami, podczas złej pogody, o życie.

Na początku XXI wieku znowu byłem na kapciu. Po kilku miesiącach na statku zjawił się personalny. Zmęczony małymi statkami poprosiłem o nowy kontrakt na większej jednostce. Personalny przychylił się do mojej prośby, ale pod jednym warunkiem. Miałem zrobić jeszcze jeden kontrakt na innym kapciu. Zgodziłem się. I trafiłem na „Flevo”, który był zbudowany, aby pływać w Trollhatte Canal. O tym napiszę innym razem.

Zgodnie z ustaleniami następny kontrakt po „Flevo” miał być na 30 tysięczniku. Podpisałem papiery i dostałem wytyczne oraz ogólne informacje o podróży lotniczej. Zwykle nie pytałem o szczegóły, ale teraz skróty portów lotniczych nic mi nie mówiły. Spytałem się o lotniska, o które zahaczę. Pracownik armatora sprawdził i powiedział, że lecę: Gdańsk – Warszawa – Paryż – lotnisko w USA (nie pamiętam, jakie).

Jakież było moje zdziwienie, gdy w Paryżu okazało się, że lecę do Brazylii. Wciąż nie wierzyłem, ale w samolocie, na monitorze wyraźne było widać, że jednak lecimy do Rio de Janeiro.

Tam, na lotnisku czekał na mnie agent. Lotnisko było tylko częściowo oświetlone, bo akurat (z powodu braku opadów) Brazylia miała braki w energii elektrycznej. Agent pomógł mi przy odprawie i wręczył bilet do Salvadoru. A w Salvadorze odebrał mnie taksiarz, który nie mówił w żadnym zrozumiałym języku i zawiózł do hotelu.

Byłem w lekkim stresie, więc wypiłem 1 piwo z barku. Następnego dnia rano zadzwonił telefon i recepcjonistka poprosiła, żebym zszedł na dół, bo samochód czeka. Zszedłem na dół. Przy załatwianiu formalności przyznałem się do wypicia piwa. Przywykłem, że moje szaleństwa w hotelach opłacał agent. A tu panienka zażądała gotówki – całych 50 centów (w brazylijskiej walucie – nie pamiętam: cruzeiro, czy cruzado).  A ja nie miałem gotówki!

Patowa sytuacja. Na całe szczęście taksiarz się szarpnął i zapłacił. Następnie zawiózł mnie do portu, a tam wsiadłem na holownik, który zawiózł mnie na statek, kotwiczący na redzie.

I tutaj miałem zacząć swoja opowieść. I znowu wstęp okazał się za długi. Czyli zapraszam do czytania części II :).

 

6 thoughts on “San Salwador – kusicielki z dżungli (niestety) część I”

  1. Bel says:

    Oj, nie rozpieszcza Pan Kapitan swoich czytelników :), początek brzmiał zachęcająco a dalej … zobaczymy jaki będzie koniec bo to podobno najważniejsze :)

    1. Captain Darek says:

      Pan Kapitan zawsze się dobrze zapowiadał i zaczynał, ale ma dziwną niechęć do kończenia :)

  2. Pawel says:

    A ja na odwrót. Bardzo lubiłem tankowce. Największy Zawrat – 145.000 293 m długości, 48 m szerokości i miał 15 m zanurzenia.
    Tylko portów nie było. Albo cumowanie do „beczki” i lądu nie widać, albo na końcu „świata” – do miasta dalej niż gdziekolwiek.
    I była kolejna sobota z czytaniem wspomnień kpt.

    1. Captain Darek says:

      Pawełku, zawsze byłeś dziwny :)

  3. Paweł says:

    I tak mi zostało. Najgorsze były przeloty, bo czyszczenie zbiorników powodowało zmianę wacht na 6/6 i chodziłem niedospany.

    1. Captain Darek says:

      W latach 90 XX wieku, przez 5 lat na promie, pływałem w kretyńskich układach wacht. Wszystko zależało od trasy. Na jednej obejmowałem wachtę w główkach wyjściowych portu Ramsgate w Angli, przepływałem Kanał La Manche (5 godzin przy dobrej pogodzie, przy złej dłużej), cumowałem w Ostendzie w Belgii, wyładunek, załadunek (5 godzin) i zdawałem wachtę w główkach wyjściowych Ostendy. I przerwa na sen około 10 godzin. O Irish Sea pisałem przy okazji Schiaffino (wachty 8.5 do kilkunastu godzin). A pływanie na kapciach po Europie, gdy na statku był tylko Kapitan i Chief Mate, to codziennie kilkanaście godzin pracy, przy skrajnych ponad dwudziestu.
      Na większych statkach były wakacje przy obsadzie: Kapitan, Chief, II i III oficer, a były statki, gdy do pomocy przy papierach i komputerach miałem Administratora :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>