Salvador – kusicielki z dżungli

jaguarPostój na redzie przeciągał się. Mieliśmy 6 dni na przekazanie obowiązków, ale już drugiego dnia więcej gadaliśmy o głupotach niż o pracy. W porównaniu do mojego poprzedniego statku ten miał 4 razy więcej ładowni, 24 400 DWT, 4 dźwigi i mógł zabrać 6 – 7 razy więcej ładunku. Ale w końcu statek to statek. Dużym plusem była kwatera, która składała się z dużego salonu, przytulnej sypialni i łazienki. Obok znajdowała się pralnia oficerska. W porównaniu z klitkami na kapciach był to full wypas.

Mój poprzednik pojechał do domu. Załoga statku składała się z: Niemca – Kapitana, 3 Polaków i 20 Filipińczyków. Dwaj pozostali Polacy byli studentami Wydziału Mechanicznego szkoły morskiej, którzy pracowali, w ramach praktyki na IV roku, jako trainee, czyli praktykanci. Na początku, z powodu słabej znajomości języka angielskiego, nie byli szanowani przez kolegów z Filipin. Jednak, gdy pokazali, że potrafią ciężko pracować i mają sporą wiedzę, to ich notowania wzrosły. W momencie, gdy zjawiłem się na burcie, byli już zaakceptowani i lubiani.

Salvador – Mapy GoogleZ redy Salvadoru popłynęliśmy do zatoki, do pirsu w okolicy Aratu. Chyba coś tam wyładowywaliśmy, ale czas wymazał szczegóły z mojej pamięci. Pamiętam tylko betonowy pirs, a na nim strażników (żołnierzy?). Co pewien czas, do kei za rufą statku, podpływała dłubanka z mieszaną obsadą. Był tam sternik, załogant oraz parę atrakcyjnych pasażerek. Nie mogli wejść na keję, więc tylko dyskretnie wysuwali górne części ciała ponad jej poziom i zachęcali do wzięcia udziału w wycieczce łodzią.

Pierwsza grupa wystrojonych i pachnących, filipińskich turystów wyruszyła po kolacji. Wczesnym rankiem wrócili głośni i radośni. Gorzej było późniejszym rankiem w pracy. Niektórym musiała zaszkodzić miejscowa kuchnia, bo wyraźnie byli osłabieni i bladzi. Szczególnie III oficer musiał się zatruć, bo wymiotował co pół godziny.

Jednak morze hartuje ludzi. Gdy słońce powoli kończyło swoją wędrówkę po niebie, żądni poznawania nowych ziem matrosi odzyskiwali siły. A po kolacji, wykąpani i wypsiukani perfumą, wskakiwali do łódek. Ich barwne opowieści zachęcały też innych i wieczorami statek pustoszał.

Niemiecki Kapitan lubił spędzać czas na statku. Chciał jednak poznać obiektywną prawdę o atrakcjach oferowanych przez brazylijską głuszę. Zasugerował, żebym wybrał się na wycieczkę i przeprowadził rozpoznanie bojem.

Jak mus to mus. Wykąpałem się, wystroiłem, wypachniłem i z grupką polsko – filipińską wskoczyłem do dłubanki, gdzie dwie atrakcyjne przewodniczki błyskawicznie zaczęły przełamywać lody z młodymi Polakami.

Było już ciemno i gdy odpłynęliśmy od statku, tylko księżyc i gwiazdy oświetlały pokład łodzi. Daleko, po lewej burcie, na wyspie migotały jakieś światełka, ale po prawej rozciągała się ciemna, dzika dżungla. Silnik warczał, światełka znikały, a my wpływaliśmy coraz głębiej w nieznaną ciemność.

Mnie zaintrygował układ napędowy. Silnik znajdował się około metra od rufy łodzi. Wystawał z niego krótki wał, który połączony był ze śrubą przy pomocy pasów skórzanych. Jakimś cudem ten sposób przekładał ruch obrotowy wygenerowany w silniku na śrubę i powoli, ale systematycznie posuwaliśmy się do przodu.

Szybko zrozumiałem też, czemu 2 ludzi obsługuje łódkę. Okazało się, że woda dość szybko sączy się do wnętrza i sternik z załogantem musza ją wylewać za burtę. Choć używali niedużych puszek, to ich praca odnosiła pożądany skutek i poziom wody w łódce utrzymywał się na stałym, akceptowalnym poziomie.

Uspokojony zacząłem rozmyślać i kontemplować jedyną godną tego rzecz, czyli rozgwieżdżone niebo. Moje głębokie przemyślenia zakłócały chichoty dobiegające z przytulnych części dłubanki, a zajmowanych przez brazylijsko – polsko – filipińską młodzież.

Nagle dotarło do mnie, że słyszę też ożywioną dyskusję w tubylczym narzeczu, a po chwili ucichł silnik. Na rufie błyskało światełko. Okazało się, że skórzane pasy nie wytrzymały naprężeń i część pękła. Łódka dryfowała, a załoga kombinowała. Po kilkunastu minutach zmontowali jakąś prowizorkę, pokazali tryumfalnie kciuki, silnik wesoło zapyrkotał i wznowiliśmy podróż w nieznane.

Uspokojony wróciłem do swoich zajęć, czyli myślenia i podziwiania gwiazd. Młodzież też zajęła się lodami.

Po następnych kilkunastu minutach poznałem zasadniczą różnice pomiędzy Polską, a Brazylią. W Polsce prowizorka potrafi przetrwać wiele lat. Sam zrobiłem prowizoryczną ścianę 27 lat temu i wciąż mi wiernie służy. Brazylijska prowizorka, z głośnym dupnięciem, pękła po kwadransie. I teraz nie było co zbierać. Skórzany pas transmisyjny uległ totalnej zagładzie.

Sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze. Wkoło ciemno i głucho, a do domu daleko. Już nikt nie chichotał.

Po burzliwej dyskusji podjęliśmy decyzję o zejściu na ląd. Sternik skorygował kurs bardziej w prawo i wiosłując jednym pagajem oraz rękami płynęliśmy w kierunku domniemanego lądu. Po kilku minutach dziób dłubanki ugrzązł w czymś. Sternik się ucieszył, bo według niego dotarliśmy do płycizny i brzeg, pokryty dżunglą, jest blisko. Twierdził, że on ten brzeg prawie widzi. Cóż, prawie robi wielką różnicę.

Aby nas zachęcić, brazylijska przewodniczka wyskoczyła z łódki i stanęła w wodzie po kolana. Przełamując niechęć przed włażeniem w dzikie wody, (bo: pijawki, piranie i inne dzikie węże) zrobiliśmy to samo. Sternik z załogantem zostali na łodzi i więcej ich nie widziałem.

Czarna woda była ciepła, ale dno szlamowate i miękkie. Zaczęliśmy mozolną wędrówkę. Momentami nogi grzęzły w miękkim syfie po kolana i z trudnością się je wyciągało. Coś ślizgało się po skórze – raczej roślinność, a nie dzikie węże, bo nie kąsało.

Po paru minutach, na tle nieba, zaczęły pojawiać się niewyraźne obiekty, które z każdym krokiem nabierały kształtów drzew i innej roślinności tropikalnej. W końcu zobaczyliśmy białe pasmo piasku u podnóża drzew i mogliśmy odetchnąć. Dotarliśmy do lądu.

W dżungli ciemność stała się jeszcze czarniejsza. Ruszyliśmy gęsiego, jedna ręką trzymając się koszulki poprzednika. Awangardę stanowiła jedna Brazylijka, a ariergardę druga. Po brodzeniu w zasysającym błocie byłem lekko zobojętniały na niebezpieczeństwa, jakie niesie wędrówka przez dżunglę. W dodatku było tak ciemno, że nie zobaczyłbym jaguara, czy anakondy nawet w odległości pół metra.

Jakież był moje zdziwienie, gdy po kilku minutach poczułem twardszy grunt pod nogami, a niewidzialne liście, czy gałęzie przestały mnie miziać. Kilkanaście dalszych kroków i odzyskałem wzrok.  Szliśmy ścieżką wydeptaną w dżungli i po chwili dróżką. Minęliśmy zakręt i oczom naszym ukazał się mały domek, a za nim dalsza część wioski. Wróciliśmy do cywilizacji.

Salvador1 – Mapy GoogleSzliśmy uliczką, aż dotarliśmy do sporego, ceglanego domu. Weszliśmy do środka, a tam duża sala ze stolikami, z lewej strony nieduża estrada z pionową, błyszczącą rurą, a z prawej elegancki barek. Muzyka grała, a na parkiecie pląsało kilka par, których częścią byli nasi koledzy ze statku.  Trafiliśmy do regularnej świątyni rozpusty.

Kolorowe światełka migotały. Było wystarczająco jasno, abyśmy mogli dostrzec dziwny wygład naszych nóg. Od kolan w dół były oblepione, jak pancerzem, czerwonawym błockiem. U Brazylijek i Filipińczyków nawet uda były czerwone. Pośmialiśmy się z tego, a potem kolejno szliśmy do łazienki usuwać te ślady przeprawy przez płyciznę.

Byłem najwyższy, więc brudu na sobie najmniej. Postanowiłem najpierw napić się piwa, żeby dać czas na mycie bardziej ubrudzonym. Ta uprzejmość i skłonność do wypitki okazały się błędem. Zdążyłem umyć połowę prawej nogi, gdy skończyła się woda. Paradowałem więc boso, z częściowo czerwonymi nogami, ale taki drobiazg nie był w stanie zepsuć dobrej zabawy.

Spędzaliśmy miło czas. Szefowa baru zmartwiona dysproporcją płciową (zdecydowana przewaga mężczyzn) ściągnęła taksówkami damskie posiłki z Salvadoru.

Równowaga została przywrócona. Na stołach typowe zestawy (Bacardi + Coca – cola + lemonka), czyli w szklanicach Cuba Libra. Na estradzie, na rurze naprzemienne występy Brazylijek i Filipińczyków. No i ja, skrzętnie notujący w pamięci barwne scenki egzotycznego folkloru.

 

A gdy nadszedł czas, taksówkami wróciliśmy na statek, gdzie z energią i zaangażowaniem rzuciliśmy się w wir pracy.

 

One thought on “Salvador – kusicielki z dżungli”

  1. Bel says:

    Panie Kapitanie, nie jest tak źle z tym „kończeniem”… może trochę zachowawczo :) no cóż, mam nadzieję, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi :) ale tak naprawdę, to jak zwykle rewelacja :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>