Pchła i Czart – wstęp numer 2.

rujaPo przewrotnym wstępie powinno nastąpić rozwinięcie tematu, ale…

Są ludzie, którzy zawsze popadają w dygresję. Byłem na statku z polskim Czifem, który był w tym mistrzem. Wpadał do mojego biura z ważnym pytaniem dotyczącym np. załadunku. Musiał podjąć szybko decyzję i potrzebował mojej opinii i aprobaty. Zaczynał pytanie i po dwóch słowach miękko zbaczał z tematu. W nowym kierunku podążał przez kilka minut, póki jego przewrotny umysł nie skojarzył kolejnego słowa z innym wydarzeniem, faktem. Nie kończąc poprzedniego wątku rozpoczynał nową opowieść.  I tak bez końca. Za pierwszym razem (na statku nic ważnego się nie działo, a pojawił się drobny problem, rozwiązanie którego mogło poczekać z godzinę) wytrzymałem jego słowotok przez pół godziny. To co mówił był mało interesujące, a w dodatku miał irytujący zwyczaj mówienia rzeczy oczywistych z miną odkrywcy sensu istnienia. Szybko nauczyłem się obsługi Czifa.  Zjawiał się i zaczynał gadać swoje brednie. Mówiłem: „Stop. Jaki jest problem i pytanie? Może Pan użyć 3 zdań”. I to działało! Mimo że mówił słabo po angielsku, to potrafił podobnie długo, bez końca bredzić przy kontaktach z obcokrajowcami.

Wygląda na to, że przez kilka miesięcy na statku zdołał zarazić mnie wirusem dygresji. Choć nie w mowie, ale w piśmie. Liczba moich dygresyjnych tekstów jest zatrważająca. Nawet teraz, pisząc drugą dygresję do tekstu o Pchle i Czarcie, trafiłem na manowce wspomnień o Czifie.

Temat kota i psa przywołał wspomnienie z dzieciństwa spędzonego w Olsztynie, w mieszkaniu na parterze poniemieckiej willi – pierwszej siedziby Radia Olsztyn. A konkretnie kota Psotka i suki Kory.

Psotek był nieduży, ale miał waleczne serce i był babiarzem (kotkarzem?). W okresie rui znikał na wiele dni. Po nocach słychać było dzikie wrzaski kotów walczących o względy płci przeciwnej. W końcu nastawała cisza i Psotek zjawiał się w domu: brudny od krwi przeciwników, ździebko poharatany i dumnie prezentujący rany i blizny. Jego walki musiały być zwycięskie, bo nawet teraz, po ponad 40 latach w tamtej okolicy występuje przewaga kotów psotkopodobnych.

Cenił też interesującą zabawę. Siadał na 30 cm murku ogrodzenia oddzielającego wąski, 1.5 m chodnik od ogródka i leniwie obserwował przechodzących ludzi. Nie zmieniał znudzonej miny, gdy nadchodził ktoś z psem. A pies, jak to pies. Widząc kotka darł mordę i atakował. Po chwili z kłębowiska ciał wylatywał pies: z przeraźliwy piskiem, pokrwawionym nosem i podkulonym ogonem dawał drapaka. A Psotek spokojnie wracał na murek, mył łapki i przyjmował swoją niewinną minę w nadziei na następną prowokację.  Jego radość nie trwała długo. Psy i ich właściciele zaczęli omijać nasz dom. Biedny kot musiał czekać na przyjezdnych. W tych ciężkich chwilach ratował go jedynie okres rui Kory, gdy koło domu cierpliwie czekało stado zakochanych psów.

Kora miała  być bokserką, ale jej matka popełniła mezalians. Była radosną, przyjazną suką. Niestety, w pewnych okresach nie była w stanie oprzeć się psim wdziękom i wielkość osobnika nie robiła tu żadnej różnicy. Prowadziło to do bardzo zabawnych sytuacji, gdy absztyfikant dziarsko bódł powietrze swoim sztyletem, a miał szansę tylko na miłość francuską.

Jako młody człowiek starałem się chronić Korę przed „gwałtem”. Odpędzałem psy, prowadzałem Korę na smyczy. Przypominam, że były to czasy, gdy otwierało się drzwi (mieszkaliśmy na parterze), a zwierzęta wybiegały same na zewnątrz i wracały, jak im się znudziła wolność.  Raz nawet zostałem pogryziony, gdy zdesperowane psy przedostały się do holu, a ja bohatersko chroniłem „cnotę” Kory. Psotek dzielnie wspierał mnie w tej walce z ogłupiałymi psami. Poprawiał sobie statystykę pokrwawionych, psich nosów. Mimo moich wysiłków regularnie mieliśmy w domu mioty rozkosznych szczeniaków.

Razem z siostrami nieświadomie wyszkoliliśmy zwierzaki w walce. Psotek uwielbiał czepiać się ręki, czy nogi i energicznie drapać tylnymi łapkami. Czaił się też na szafach i znienacka wskakiwał na szyje przechodzących ofiar. Kora opanowała do perfekcji podcinanie naszych nóg w biegu.

Oboje mieli jedna wspólną cechę: nie lubili pijaków. Niestety, sąsiednią willę zajmowała poradnia antyalkoholowa. Przychodzący tam pijaczkowie byli systematycznie atakowani przez Psotka i Korę. Napływały liczne skargi. Zwierzaki razem, lub osobno trzeba było wozić na obserwację do weterynarza, co było uciążliwe i wiązało się z kosztami.

Mimo naszych protestów rodzice postanowili oddać kłopotliwy duet w dobre ręce. Za pierwszym razem do dobrych ludzi w Olsztynie. Wróciły po 2 dniach. Następne miejsce zsyłki było oddalone już o dobre 100 km. I po 2 tygodniach ujrzeliśmy ponownie wspaniałą parę: przodem kroczył Psotek z dumnie uniesionym ogonem, a za nim dreptała rozradowana Kora.

Gdy po latach synkowie przynieśli Pchełkę argumentem za jej zostaniem był fakt, że kotki nie znaczą terenu. Psotek robił to systematycznie i w mieszkaniu strasznie capiło. Z kolei Czart, jako pies, nie mógł zaciążyć, a co najwyżej sprawić kłopot właścicielom suk.

I tą odkrywczą myślą kończę kolejną dygresje :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>