Pchła i Czart – w końcu.

 

m1

Salon w „willi na dachu”. Oprócz dwóch okien widać częściowo szklane, przesuwane drzwi do sypialni, które wystąpią jeszcze w opowieści.

Mieszkaliśmy w „willi na dachu”, czyli adaptacji strychu zrobionej własnymi „ręcami”.  Była zrobiona tylko w połowie, bo salon i sypialnia czekały na przypływ gotówki i mój wolny czas. Chłopaki mieli swój pokój, a my swój, który pełnił funkcję sypialni, jak i salonu.

Skan_20160728

 

Pewnego razu moi dwaj synkowie – terroryści przytargali z podwórka malutkiego kotka. Był to istny obraz nędzy i rozpaczy (kotek nie synkowie): poraniona łapka opatrzona przezroczystą taśmą klejącą, wielkie, wystraszone ślepia i podobnej wielkości pchła na czubku noska. Sterroryzowani przez dzieciątka pojechaliśmy do weterynarza, gdzie kotek został wyleczony i oczyszczony z pcheł. Okazał się też kotką i, z wiadomych powodów, nazwany Pchełką.

Skan_20160716 (24)

Pchełka kradnie.

Skan_20160716 (23)

Skan_20160716 (9) Pchełka za oknem, na gzymsie

 

   Psa dostałem w prezencie urodzinowym.  Miał tylko kilka tygodni i był małym sznaucerem olbrzymem, a w rodowodzie miał wpisane imię i nazwisko francuskiego szlachcica, coś w rodzaju: Charme (coś tam, coś tam),,,, de Amassis. Zbyt długie i pretensjonalne. Był czarny i miał diabelskie oczy i wyraz pyska, więc nadałem mu polskie imię Czart.

Skan_20160716 (22)

Skan_20160716 (17)

Czart wyciąga kamienie z bieszczadzkiej rzeki.

Skan_20160716 (21)
                                   Pchła szybko zrozumiała zasady współżycia. I tu, niestety, dygresja.

W liceum mieliśmy przedmiot o nazwie (chyba): „Propedeutyka Wiedzy o Społeczeństwie”, a mnie utkwiła w pamięci nazwa: „Przygotowanie do Życia w Rodzinie Socjalistycznej”. Nie chce mi się guglać, aby poznać prawdziwą. Byłem nawet w drużynie, która wygrała eliminacje  wojewódzkie olimpiady z tej wiedzy :) Z koleżanką byliśmy bohaterami i zostaliśmy wysłani do Warszawy, do redakcji jakiejś gazety, gdzie przeprowadzono z nami i kilkoma innymi młodymi, mądrymi wywiad. Przed wyjazdem pani geografka – radna zapraszała nas na rozmowy przygotowawcze. Raz poszedłem i dałem sobie spokój. Koleżanka była pilniejsza, co wyszło podczas wywiadu. Nie pamiętam tematu pytań. Wiem, że zacząłem odpowiadać jako pierwszy i mówiłem tak, jak myślałem. Nieźle mi szło do chwili, gdy zauważyłem, że zarówno młodzież, jak i dziennikarze patrzą na mnie z niedowierzaniem i niesmakiem. Zamknąłem się, a potem słuchałem koleżanki oraz pozostałych. Był to rok 1975, epoka gierkowska, a oni mówili banały żywcem wzięte z „Trybuny Ludu”. Ja byłem grzecznym młodzieńcem nie żadnym opozycjonistą, ale oni przeginali z wazeliną! A z „Przygotowanie do Życia w Rodzinie Socjalistycznej” pamiętam tylko, jak wicedyrektor tłumaczył nam, że wino pije się z innych kieliszków niż wódkę. Potem zarumieniony i zawstydzony próbował przejść od wspólnego picia wina z żoną do tematów łóżkowych, czyli seksu. Słabo mu to wyszło :)

Grzecznie załatwiała się do kuwety z piaskiem. Pojęła, że nie akceptuję jej w łóżku. Unikała stref zakazanych, czyli stołów i miejsc, gdzie szykuje się jedzenie. W czasach młodości bawiła się z nami w biednego kotka. Szczególnie wtedy, gdy mieliśmy gości i imprezkę. Wychodziła po gzymsie na dach i docierała nad otwarte okno pokoju, w którym biesiadowaliśmy. I zaczynała przejmująco płakać błagając, żeby ktoś jej pomógł zejść z dachu. Oczywiście, gdy tylko ktoś wyciągnął rękę w jej kierunku to zwiewała, aby po chwili wrócić i drzeć dalej pysk. Ciężko mi było przekonać dzieci oraz kobiety, żeby dać jej spokój. Po jakimś czasie, gdy nikt już nie chciał ratować koty, zniechęcona wracała do domu. Ale metodę na biednego kotka testowała jeszcze wielokrotnie.

Wakacje spędzaliśmy w domku nad jeziorem Dadaj. Jazda samochodem z Pchłą, a potem też z innymi kotami, miała zawsze przerywnik za Gdańskiem, przy przydrożnej knajpie, którą nazywaliśmy „rzygalnią”. Kot, jako taki, ma zwyczaj miauczeć rozpaczliwie w czasie jazdy samochodem i obowiązkowo się porzygać lub zrobić kupę. W czasie przystanku przy „rzygalni” usuwaliśmy śmierdzące skutki tego kociego nałogu.

Pierwsze chwile na łonie natury były wstrząsem dla koty. Stawiała kroki, jak kotka na rozgrzanym dachu, tak aby nie miziały ją źdźbła trawy. Po chwili przypominała sobie, że jest we wrogim środowisku i próbowała tulić się do ziemi. A tam źdźbła! Więc tułów do góry. Taka Wańka – wstańka.

Jednak szybko zaczęła lubić nową sytuację. Obudził się w niej instynkt myśliwski. Jako wdzięczna i dobrze wychowana kotka zaczęła dzielić się z nami jedzeniem. Gdy rano wstawaliśmy, to na tarasie domku leżały ułożone zwłoki upolowanych myszy. Szybko polubiła też świeże ryby, które łowiliśmy. Potrafiła cierpliwie kibicować nam na pomoście w czasie wędkowania. Zdarzało się jej rzucić na rybę wyciąganą z jeziora i niechcący się wykapać.

Nasz domek przylega do ośrodka olsztyńskiego teatru im. Jaracza. Plac otoczony jest kilkunastoma domkami. A w większości domków wypoczywały też psy. Szybko ich nosy zostały poznaczone pazurkami Pchły. Bezcenny był jej widok, gdy powoli, dostojnie, z dumnie uniesionym ogonem kroczyła przez plac, a psy z szacunkiem siedziały przy domkach i żaden nie odważył się nawet zaszczekać. Tolerowała jedynie rotwailerkę mojej siostry, która zachowywała się jak zakochana. Podążała za Pchłą jak cień, ale jeśli skróciła dystans do kociego ogona poniżej 30 cm, to dostawała ostrzegawcze pacnięcie w nos, ale łapką ze schowanymi pazurami.

Ciąg dalszy nastąpi, ale pewnie we wrześniu, jak wrócę z warmińskiej głuszy. Będę dopisywał dalszy ciąg do tego tekstu – jeśli ktoś będzie miał ochotę, to sprawdzi :)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>