Marynarzu, Ty jesteś mój!

Jednym z pierwszych czytelników mojego bloga był Paweł – kolega ze studiów na WSM i szlafkumpel z akademika, którego nie widziałem ponad 30 lat. Zamieszczał pochlebne komentarze, które mile łechtały moją próżność:

„piłem dziś wino z przyjaciółmi i czytałem Twoje wspomnienia. Były przyjete antuzjastycznie. Przed opróżnieniem butelek.”
„i słuchali i komentowali ale jak znam życie to niezaglądną sami. Będą za 2 tygodnie i poczytam następne rozdziały. I zamienimy sobotnie spotkania przy kieliszku wina na „wino i morze”.”

Gdy dowiedziałem się o Jego śmierci chciałem napisać wspomnienie, garść anegdot. Na ostatnim zjeździe koleżeńskim absolwentów WSM wspomnienie Pawła – „wzorowego żołnierza” wywołało uśmiech na twarzach „wilków morskich”.

A teraz mam zaszczyt zaprezentować wspomnienia Jego żony Anny Magdaleny Mróz.

 

Marynarzu, Ty jesteś mój!

1. 1977 05 - Dar Pomorza

9 maja 1986 roku to był dzień jak co dzień, ale dla mnie stał się dniem szczególnym, ponieważ właśnie wtedy zupełnie nieoczekiwanie znalazłam się razem z nieznanym sobie wcześniej mężczyzną w sytuacji nader krępującej dla nas obojga. Ja – panna lat 27 i On – Paweł Mróz marynarz lat 30 (tuż po zmustrowaniu ze statku, czyli chwilowo na urlopie) zostaliśmy podstępnie „zwabieni” na imieniny znajomej naszych Matek, które postanowiły poznać nas wzajemnie i wyswatać. Imieninową wizytę przedstawiono nam znienacka jako bezdyskusyjną i obowiązkową, i ani ja, ani mój ewentualny, przyszły mąż nie odważyliśmy się odmówić wzięcia udziału w tej imprezie, sprytnie zresztą zaaranżowanej przez nasze Rodzicielki przy współudziale solenizantki.

slajdy 1986
Wspomnianego już dnia o godzinie 18.00 posadzono nas obok siebie przy stole nakrytym białym obrusem… i zapanowała grobowa cisza, a swobodnie czujący się w tej sytuacji nasi rodzice zaczęli się nam bacznie przyglądać. Niezręczną sytuację przerwała dopiero sama solenizantka, która po chwili zaczęła wnosić kolejne półmiski z jedzeniem, co ukróciło krępującą ciszę i odwróciło od nas uwagę gości. Kątem oka spojrzeliśmy na siebie, a chwila rozluźnienia pozwoliła nam na nawiązanie rozmowy. Przy czym ja z nieudawanym zainteresowaniem starałam się zadawać Pawłowi rzeczowe pytania, dotyczące pracy nawigatora na morzu, a On opowiadał mi coś o DARZE POMORZA, a potem nabijał się ze mnie i plótł na tematy morskie, co mu tylko ślina na język przyniosła, robiąc przy tym bardzo mądrą minę zawodowca.

slajdy 1986

I, chociaż teoretycznie wszystko zmierzało już ku katastrofie, to jednak było coś fascynującego w tym czarnookim Brunecie z dużą wyobraźnią, a i Jemu, jak się później okazało, moja zgrabna figura z dużym biustem też nie była obojętna. Zaczęliśmy się ze sobą spotykać… rozmawiać… lubić… spędzać każdą wolną chwilę… Aż pewnego dnia nadawaliśmy już tylko jeden sygnał dla innych „statków” – „T – tango”, czyli „trzymajcie się z dala ode mnie, jestem zajęty trałowaniem we dwójkę” – od 2 czerwca 1986 roku miałam już status narzeczonej Marynarza… Około połowy lipca mój Narzeczony został zamustrowany na m/t TATRY i po niedługim czasie był już daleko w morzu…

19. Ania i Paweł

Rozłąka dla zakochanej w sobie prawie już marynarskiej pary stanowiła wtedy solidny sprawdzian gotowości do zawarcia związku małżeńskiego. Cóż, były to czasy prawdziwie romantycznych i dziewiczych kontaktów. Nie istniał przecież żaden: Skype, Internet, laptop, smartphone, czy komórka! Łączność telefoniczna, jeżeli w ogóle była, to tylko radiowa i to zawsze przy mimowolnym nasłuchu oficera zwanego na statkach „Radio”, który tę łączność umożliwiał. Paweł poprzez tę łączność dzwonił do mnie z dość dużą regularnością, przeważnie po nocach. Mimo, że Jego głos był metaliczny i sztuczny, to odbierałam te telefony jako swoistą pieszczotę od ukochanego mężczyzny. Niemniej ta „pieszczota” była bardzo kosztowna i pochłaniała sporo zarobionych przez Niego pieniędzy.

Tańszą, a bardziej intymną formą kontaktów były listy wysyłane tradycyjną pocztą. Pisałam je z wielkim zapałem, więc kiedy statek zawijał do portu, albo stał przy tzw. „beczce”, gdzie odbywał się załadunek, lub rozładunek tankowców, na pokładzie pojawiał się Agent z pocztą. Marynarze zbierali się wokół jego osoby i wyczekiwali, aż padnie ich nazwisko. Nierzadko wyglądało to tak: Mr Pawel Mroz, Mr Pawel Mroz, Mr Pawel Mroz, Mr Pawel Mroz, Mr Pawel Mroz, Mr Pawel Mroz, Mr Pawel Mroz… i koniec poczty. Rozczarowanie, zdenerwowanie i zazdrość pozostałych członków załogi były podobno okazywane bardzo ostentacyjnie, ale mój Marynarz czuł się szczęśliwy. Zamykał się w kajucie i czytał moje listy, moje teksty, moją powieść science fiction pisaną specjalnie dla Niego, oglądał moje rysunki, fotografie… tęsknił, i odpisywał – „Aniu, Mój Ukochany Koteczku! Ja chcę do domu!!!”

slajdy 1989

Pobraliśmy się 31 stycznia 1987 roku w najbardziej słoneczny i ciepły dzień ówczesnej zimy. Było tylko -5 stopni C, a była to zima stulecia, więc mrozów i zawiei nie brakowało. Paweł wrócił z morza na dzień przed Wigilią i do ostatniej chwili nie wiadomo było, czy będzie miał podmianę dla nawigatora na statku, a jeśli tak, to gdzie? I kiedy? Czy zdąży na nasz ślub!? Na szczęście wszystko się udało. A tymczasem po powrocie czekał już na Niego umówiony wcześniej krawiec, szewc, czekały też potrzebne Mu do ślubu rzeczy i dodatki. Poszliśmy jedynie dopełnić formalności w USC i w Kościele. W USC cena ślubu była ustalona z góry, ale w Kościele Paweł zaczął dopytywać
się o wysokość ofiary na kościół za ślub. Ksiądz odpowiedział mu wymijająco, że ofiara zależy od tego, na ile cenna jest Pawłowa narzeczona. Po chwili konsternacji Paweł skwitował wypowiedź księdza z szelmowskim uśmiechem – „Moja narzeczona jest bezcenna!”

1987 I 31 œlub Ani Drabczyk i Paw³a Mroza.

DAR POMORZA

Pawłowi

Rozłożyła swe żagle królowa przestrzeni –
Tęsknotą malowana, baśniowa fregata,
Czekałam na nią długo, aż kiedyś w marzeniu
Dotarła razem z Tobą – do wrót mego świata…

Znów widzę białe żagle ze śpiewem na wietrze –
W stuletnim towarzystwie dostojnego czasu,
Świat zmienia swe oblicze, lecz morze jest wieczne –
W przypływach i odpływach – radości i płaczu…

ANNA MAGDALENA MRÓZ

Jeszcze nie zdążyliśmy się sobą nacieszyć, a już w marcu 1987 roku mój świeżo poślubiony Mąż musiał popłynąć w następny rejs. Tym razem pływał na całkiem dużej „zapalniczce”, czyli na tankowcu m/t ZAWRAT. I nie byłoby nic w tym nadzwyczajnego, bo przecież wiedziałam, że jest marynarzem, ale był to czas wojny w Zatoce Perskiej, do której m/t ZAWRAT raz po raz zawracał po ropę naftową, rozwożąc ją potem po całym świecie. Przez cały rejs, aż do powrotu Pawła moja dusza pływała razem z nim. A przed każdym wpłynięciem do Zatoki i po jej opuszczeniu dzwonił z morza telefon…

slajdy 1987

Z listów Marynarza:
„Jak mi Ciebie brak. Kochanie, gdzie Ty jesteś? Jak daleko! Jesteśmy już na Biskaju. W poniedziałek wysyłamy t/x do naczelnego Związku Zawodowego i do Ministerstwa. Może to coś da. Przecież ja mam pracować, ale nie narażać życia. Upadłem na duchu… Śniłaś mi się dziś… piękna i cudowna Anno… Przedwczoraj znowu statek zatonął, a USA grożą… Niedługo Twoje Imieniny. Pamiętam i będę dzwonił. Kupię jakiś prezent, jakąś zabawkę dla mojej Ani. Ale chciałbym, by mój powrót był największym prezentem. Kocham Cię! Aniu, Moja Utęskniona Istotko! Może będzie można zmienić pracę…”

Z listów Marynarzowej:
„Co u Ciebie, mój Kochany, Mechaty Skowroneczku? Modlę się bardzo gorąco. Od miesiąca nie opuszcza mnie strach o Ciebie i bardzo ciężko znoszę Twój obecny rejs. Najgorsza jest ta ciągła niepewność, ta zupełna dezinformacja. Nikt nic nie wie! Kocham Cię mocno i cierpię, gdy pomyślę, że mogłaby Ci się stać jakaś krzywda, bo widzisz, Ty jesteś galernikiem i armator może zrobić z Tobą, co zechce. Właściwie nikt i nic was nie chroni, nikt też wami się nie przejmuje, a najmniej: PŻM, Ministerstwo, Związki Zawodowe, Urząd Gospodarki Wodnej i reszta. Jeżeli ktoś w ogóle się Wami przejmuje, to tylko wy sami i wasze rodziny. Smutne to, ale prawo jest przeciwko marynarzom, chroni – armatora. Misiu, ja już nie chcę, żebyś Ty był marynarzykiem, to jest taka głupia zabawa! Kocham Cię i bardzo tęsknię za Tobą.”

wieczór poezji w galerii TiG
Minęło osiem i pół miesiąca udręki i mój wyczekiwany z utęsknieniem Mąż wrócił cały i zdrowy. Niektórym z naszych znajomych wydawało się, że „wyposzczony” marynarz po powrocie z tak długiego rejsu przez pierwsze dni nie wypuszcza młodej żony z objęć. Wyglądało to jednak trochę inaczej. Po przyjeździe do domu Paweł przede wszystkim cenił sobie objęcia snu. Wykończony po pracy na morzu, wymęczony nierzadko wielogodzinną, powrotną podróżą lotniczą nie był w stanie normalnie funkcjonować, nie mówiąc już o spełnianiu małżeńskich obowiązków. Ale kiedy już naprawdę wypoczął…

12. Paweł i Ania Sylwester 2008

To, co miłe zwykle szybko się kończy, więc mój Marynarz znowu popłynął w kolejny rejs statkiem o nazwie m/t MAGIC LADY, ale tym razem nie tyle rejs, co rozstanie było szczególnie przykre. Paweł miał wypłynąć po Nowym Roku, a w ostatniej chwili okazało się, że podmianę ma wcześniej na kilka dni przed Wigilią. Rozpaczał, bo byłam w siódmym miesiącu ciąży i nie mógł się pogodzić, że musi opuścić mnie i naszą maleńką, nienarodzoną jeszcze córeczkę.

1990 wrzesieñ. Obrazki z ¿ycia Joasi.

Dzidziusia zobaczył dopiero po powrocie. Joasia miała wtedy już cztery i pół miesiąca życia, rozpoznawała znajome i obce twarze. Kiedy pierwszy raz zobaczyła swojego tatę, przestraszyła się i niewiele brakowało, a zaczęłaby płakać. Paweł przeżył to bardzo mocno.

9. Paweł i morze
Nigdy nie nalegałam na Niego, aby przestał pływać. Wychodząc za Niego za mąż, wiedziałam, jaki ma zawód. Decyzję o zaprzestaniu pływania i związane z nią ryzyko podjął sam. Zrezygnował z kariery zawodowej po 12 latach pracy, był już wtedy II oficerem na statku. Pewnego dnia miałby wszelkie szanse, aby zostać kapitanem żeglugi wielkiej. Mimo swojej decyzji, nigdy nie przestał być marynarzem. Snuł wspaniałe opowieści, które chciał kiedyś spisać. Marzył, aby popłynąć jachtem morskim, pragnął budować modele statków. Bardzo lubił rozmawiać o tym ze swoim starszym bratem Piotrem, też marynarzem… Kiedy nasza córka miała sześć lat, płynęliśmy promem z Teneryfy na Gomerę. Mój Mąż był w swoim żywiole, był uśmiechnięty, czuł się znakomicie, stał na pokładzie kilka kroków od nas i podczas manewrów przy cumowaniu machał rękoma, coś mówił, wydawał jakieś komendy, polecenia? – Przez tych kilka chwil widziałam Go „w morzu”.

14. 2015 01 11 ostatnie wspólne zdjęcie Ani i Pawła
Wiele lat później okazało się, że miał niezdiagnozowaną od urodzenia, poważną wadę serca i w związku z tym, bardzo ciężko chore serce. Gdyby pływał i prowadził taki tryb życia, jaki prowadzą marynarze, może nie dożyłby nawet czterdziestu lat. Najtrudniejsze było jednak przed nami… Zaczęło się od sepsy, zapalenia opon mózgowych, szpitala, śpiączki farmakologicznej i kolejnych wybudzeń, kolejnej sepsy, ciężkich zapaleń płuc… „Aniu, ty nie wiesz, co ja czuję. Ja umieram” – „Ukochany mój, wszystko być może, ale nie traćmy nadziei!”… 12 sierpnia 2015 roku, modląc się nad Nim, całując i gładząc Jego głowę, stopy i dłonie odprowadziłam Go do nadbrzeża portu… Mój Marynarz samotnie wszedł na trap… i odpłynął w rejs ostateczny… na wieczną wachtę…

SONY DSC

PO PROSTU…

Oddycham Twoją wiecznością –
Snem między ciszą a płaczem,
Obrazy z pustką jednoczę –
Bezruch i życie są razem…

Oddycham Twoim istnieniem –
Czujna wszystkimi zmysłami,
Wiatr modlitw niesie nadzieję –
Żagiel z odległej przystani…

ANNA MAGDALENA MRÓZ
„A przecież nie cały umieram, to co we mnie niezniszczalne trwa” JPII

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>