Kapitan kobieta – pierwsze spotkanie.

Już początek kontraktu zwiastował ciekawe przeżycia. Drogą lotniczą dotarłem do Ipswich w Wielkiej Brytanii. Statek – masowiec 24000 DWT wciąż stał na redzie i noc miałem spędzić w hoteliku. A tam „miła” niespodzianka. Armator zadbał żebym nie czuł się samotny i umieścił mnie w jednym pokoju z Polakiem – Chief Engineer (Starszym Mechanikiem). Jako, że pełniłem wtedy funkcję Chief Officer (Starszy Oficer Pokładowy) mezaliansu nie było. Armator przesadził trochę z tą integracją, bo dzieliliśmy też wspólne łoże. Ale też wspaniałomyślnie sypnął groszem i dzięki 20 funtom wypiłem kilka pint piwa, co ułatwiło czifowskie spotkanie 3 stopnia.

Następnego dnia taksówką dotarliśmy do Felixstove. Tam, gdzie jest prostokąt na mapce. wsiedliśmy na holownik i po czerwonym szlaku dopłynęliśmy do statku (elipsa). Ledwie postawiliśmy stopę na burcie, gdy przyszła wiadomość, aby podnosić kotwicę i podejść po pilota, a potem zacumować w Ipswich.

Wkrótce na mostku spotkało się 4 kapitanów: Pani kapitan, czyli dowódca statku, pilot oraz stary i nowy(czyli ja) Chief officer (mieliśmy już dyplomy kapitańskie). Jedynie sternik był AB (Able Seaman), czyli po polsku starszy marynarz. Nastąpiło normalne zaznajomienie pilota ze statkiem, jego wymiarami i zdolnościami manewrowymi. Pilot wyjaśnił nam jak i gdzie będziemy cumować. Dodatkowo wykonał rysunek pokazujący miejsce i sposób obrotu statku o 180 stopni, który musimy wykonać przed cumowaniem.Holownik na redę

Spokojnie dopłynęliśmy do Ipswich i zaczęliśmy obracać statek. Nagle z dziobu zaczęły napływać alarmujące meldunki o gwałtownie malejącej odległości do kei. Aby uniknąć uderzenia w betonowe nabrzeże padła komenda DSA (Dead Slow Astern), czyli Bardzo Wolno Wstecz. Było jednak za późno. Walneliśmy dziobem, statek odbił się i po chwili przywaliliśmy też rufą w keję z tyłu.

Koniec końców udało się statek obrócić i zacumować. W międzyczasie pilot starał się usunąć kartkę ze swoim rysunkiem miejsca obrotu, ale czujna Pani kapitan była pierwsza i dowód rzeczowy pozostał na statku.

Potem była akcja z oglądaniem, robieniem zdjęć miejsca uderzeń na kejach – były też pewnie claimy ze strony portu i żądania zapłaty za szkody, ale to były sprawy ubezpieczycieli, więc nie znam wyniku. Na statku ta sama sytuacja, czyli oględziny, zdjęcia uszkodzonego forpiku i afterpiku, a potem naprawa.

Dziwiła nas determinacja pilota, aby usunąć rysunek. Zrozumieliśmy to, gdy dokonaliśmy pomiarów. Okazało się, że pilot źle wyznaczył miejsce. Szerokość kanału portowego w tym miejscu była mniejsza niż długość statku, więc nie mieliśmy żadnej szansy, aby nie zrobić demolki. Refleks Pani Kapitan, który wykazała zgarniając kawałek papieru był bezcenny, a właściwie to cenę tego zna armator, który zaoszczędził mały kuferek dolarów.

A po naprawach i wyładunku udaliśmy się do Sankt Petersburga, aby załadować 35000 big bagów z fertilizerem.

Okazało się, że niewinne przygody w Ipswich były tylko rozgrzewką przed horrorem, które czekał nas w dawnej stolicy carów.

CDN :)

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>