Gdynia – moje miasto? – część I

 

 

48708_fileot

 

Subiektywne podsumowanie prawie 30 lat kontaktów z Urzędem Miasta Gdyni, a przy okazji historia pewnego strychu. Akcja rozpoczyna się w czasach „rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego”, czyli w połowie lat 80 XX wieku.

Od ślubu w 1981 roku przez 4 lata wynajmowaliśmy pokój w domku jednorodzinnym i dorobiliśmy się 2 synów. W 1985 roku wynajęliśmy mieszkanie 3 pokojowe (używaliśmy 2 pokoi, bo w trzecim stały rzeczy właścicieli, którzy wyjechali na placówkę zagraniczną) na 3 lata. Warunki niezłe, ale minusem było koszty. Na mieszkanie szła cała moja pensja złotówkowa, a na życie mieliśmy mój dodatek dewizowy, czyli średnio 30 dolarów miesięcznie. Nie zajmowałem się przemytem, ponieważ, zupełnie bez sensu, starałem się być uczciwym i praworządnym człowiekiem. Miałem czyste ręce i sumienie, ale nie żyliśmy zbyt dostatnio. Dobrze, że sklepy nie kusiły bogactwem towarów :)

 

Żona miała już dość szlajania się po wynajętych pokojach i mieszkaniach, bo w tak zwanym międzyczasie, mieszkaliśmy krócej jeszcze w 3 miejscach. Próbowałem załatwić mieszkanie z PŻM. W firmie powiedziano mi, że podanie przyjmą i będę 139 na liście oczekujących. Cieszyłem się do czasu, aż usłyszałem zwyczajowe: „ale”. Ale w ostatnim roku do przydziału było 5 mieszkań, a w tym będzie mniej. Nie mogłem czekać 27 lat, więc podarłem podanie. Poradzono, abym spróbował wyżebrać mieszkanie od miasta, bo ze swoim średnim dochodem na głowę spełniam warunki na kwaterunek.

Złożyliśmy podanie w wydziale lokalowym i zaczął się normalny cyrk. Na odmowy wydziału pisaliśmy kolejne pisma. W czasie kolejnej wizyty młoda, sympatyczna urzędniczka powiedziała, że lubią czytać te nasze pisma, bo są napisane fajnym stylem. Wyszła z nami na korytarz i konspiracyjnym szeptem poinformowała, że kierowniczka wydziału złamała prawo zwracając się do PŻM z prośbą o podanie wysokości mojego rocznego dodatku dewizowego. Poradziła też, żebyśmy napisali skargę do Komitetu Centralnego PZPR.

Tonący brzytwy (brzydko) się chwyta, więc napisaliśmy. Dalszy ciąg rozgrywała moja żona. Po listownej interwencji Komitetu Centralnego urząd musiał cos zrobić, a mieszkania nie chcieli nam przydzielić. Żona była uparta i z dwoma małymi synami była częstym gościem w urzędzie. Wysiadywała w sekretariacie prezydenta, a chłopaki radośnie hałasowali i demolowali. W końcu urzędnicy wymiękli i postanowili dać jej coś na odczepnego. 05.01.1987 roku dostaliśmy zgodę na dokonanie adaptacji strychu. Oczywiście nic za darmo. Musieliśmy zapłacić 1000000 złotych odstępnego gościowi, który rozpoczął adaptację i jej nie dokończył. Milion złotych to były moje czteroletnie pensje. Wykonane roboty nie były tyle warte i był to ewidentny przekręt, ale zgodziliśmy się.

Do tej pory nie wiem, jak udało nam się przeżyć następne lata. Gdy zrobiłem bilans dochodów i wydatków to wyszedł duży minus. W końcu uratowała nas inflacja. Przez kilkanaście miesięcy załatwialiśmy niezbędne zgody: mieszkańców budynku, elektrowni, gazowni (miało być ogrzewanie gazowe, a żeby dostać zgodę na gaz trzeba było mieć homologowany piec, który można było kupić, jak się pokazało zgodę na gaz – typowy paragraf 22), wodociągów itp. Itd. Wszystko załatwiliśmy i po złożeniu w PGM (Przedsiębiorstwo Gospodarki Mieszkaniowej) stosu papierów czekaliśmy na pozwolenie na rozpoczęcie budowy. Zamiast tego, po kilku miesiącach, poinformowano nas, że cała dokumentacja zaginęła. Odtworzyliśmy wszystko i w końcu dostaliśmy zgodę.

Pod koniec sierpnia 1988 roku zacząłem budowę. Magister inżynier nawigator morski! Miałem duże doświadczenie budowlane:

– w dzieciństwie z gliny lepiłem wulkany,

– w dzieciństwie, ze starszym kolegą zrobiliśmy z desek budkę, która nawet miała w środku oświetlenie (bateria i żaróweczka z latarki + mały włącznik). Niestety, gdy chcieliśmy, wzorem Kazimierza Wielkiego, zrobić wersję murowaną, kolegę złapała milicja w czasie pozyskiwania cegieł z pobliskiej budowy. Za karę surowi rodzice kazali nam rozebrać budkę :(

Do pomocy zgłosił się chłopak koleżanki, który reklamował się, jako Leonardo da Vinci budownictwa. Na strychu część dachu była już podniesiona i 1 pokój, kuchnia i łazienka otynkowane. Drugi pokój też miał dach podniesiony. Przejmując adaptację zrobiliśmy nowy projekt i powiększyliśmy przyszłe mieszkanie o jeszcze jedną łazienkę (poprzednia, mała, po zburzeniu ściany miała powiększyć kuchnię), salon i sypialnię. Zaczęliśmy od zerwania, podniesienia i zrobienia dachu nad ekstra częścią, co wymagało postawienia czterech nowych ścian.

Po rozebraniu starego dachu przykryliśmy dziurę plandeką. Była sobota, a w niedziele nie pracowaliśmy. Wróciłem do domu i okazało się, że przyjechali znajomi z Norwegii i zapraszają na imprezę. Impreza była fajna, zwiedziliśmy kilka lokali w Sopocie i Gdyni. Po północy kończyliśmy w knajpie w podziemiach hotelu Gdynia. Gdy bladym świtem wracaliśmy do domu zauważyłem liczne, mokre ślady po opadach deszczu. Około 5 rano położyłem się spać, a o siódmej obudził mnie telefon z milicji. Zażądali, abym natychmiast przyjechał na plac budowy. Miałem wtedy motorower marki „Ogar”. Wziąłem ze sobą szwagra i pomknęliśmy. Na Morskiej (wtedy Czerwonych Kosynierów) wyprzedzający nas trolejbus wjechał w kałużę i nas ochlapał, więc dotarliśmy na miejsce cali mokrzy.

A na miejscu czarna rozpacz. Okazało się, że gdy byliśmy w podziemiach, to nad Gdynią przeszła gwałtowna burza z silnym wiatrem i ulewą. Wiatr zerwał plandekę, a ulewa wypełniła odsłoniętą część strychu 20 centymetrami wody. Betonowa wylewka na podłodze była uszkodzona w jednym miejscu i woda zalała mieszkanie poniżej. Przez następne 3 dni koczowałem na strychu i usuwałem skutki.

Lokatorką mieszkania poniżej była 80 letnia, krucha starowinka. Pozornie umierająca i bezbronna. A w rzeczywistości złośliwa i cholernie żywotna. Byłem pełen dobrych chęci, żeby doprowadzić jej mieszkanie do stanu przed zalaniem. Miała piece, więc dawałem jej drewno, aby mogła wysuszyć mieszkanie. Wciąż jej było mało, więc porąbała parę moich drabin. Ze szwagrem wynieśliśmy jej mokry, wełniany dywan (3 x 4m) i powiesiliśmy na strychu, na sznurkach. Wymagało to wiele wysiłku. Następnego dnia dywan był rozwieszony inaczej, bo babcia uznała, że tak będzie lepiej – jak ona to zrobiła?

Po jakimś czasie zamówiłem fachowca z maszyna piorącą, aby wyczyścił dywan. Fachowiec przyszedł i został pogoniony przez babcię, bo chciał zniszczyć jej ukochany dywan.

Sprowadziłem malarza. Wcześniej uzgodniłem z babcią, na jaki kolor chce mieć pomalowane (długo to trwało). Malarz oskrobał powierzchnie i zagruntował. Jak zaczął malować ustalonym kolorem, to babcia wzięła miotłę i okładając nią malarza, pogoniła go precz.

Przychodziła też do mnie i dziamgoliła, co chwila udając, że umiera. Ale wystarczyło, że zamykałem drzwi i widziałem przez judasza jak cudownie odżywa i dziarsko zbiega po schodach.

Walka z upiorną staruszką ciągnęła się miesiącami. Wszelkie szkody naprawiłem z nawiązką, ale „życzliwe” sąsiadki podjudzały i żądania babci wciąż rosły. I tu też przyszła mi z pomocą inflacja. Zaproponowałem starowince 1 milion złotych, jeśli podpisze papier o rezygnacji z wszelakich roszczeń. Wzięła szmal i podpisała. Uff!

 

Już podczas murowania ścian zacząłem wątpić w umiejętności kolegi. Jako fachowiec stawiał ścianę bez pionu, ale gdy zobaczyłem różnicę między dołem a szczytem, to zmusiłem go do używania prostego zestawu do trzymania pionu: ciężarka na nitce.

Po postawieniu zewnętrznej ściany wróciliśmy do niedokończonego pokoju w starej części. Zamocowaliśmy supremę na suficie i rozpoczęło się tynkowanie. Ja rano przygotowywałem zaprawę tynkarską, kolega przychodził i narzucał. Ja patrzyłem, pomagałem i uczyłem się. Sufit był już prawie skończony, gdy pewnego ranka kolega się nie zjawił. Zaprawę już przygotowałem, więc po godzinie czekania postanowiłem sam tynkować. I tak już zostało. Kolega zniknął bez śladu. Sam dokończyłem budowę. Przez kilka dni pomagał mi inny kolega – marynarz. Zbudował z desek, prowizorycznie część ściany w salonie i ta prowizorka przetrwała już 27 lat :)

Nie wiem, jakim cudem, w ciągu 4 miesięcy, od sierpnia do 21 grudnia 1988 roku udało mi się oddać do użytku 2 pokoje, kuchnie, łazienkę i korytarz. Święta 1988 spędziliśmy już w nowym mieszkaniu.

I, jak zwykle u mnie, tu zaczyna się prawdziwa historia o trudnej współpracy z Urzędem Miasta Gdyni :)

Ale o tym w następnej części.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>