Wenecja – Tunis – „BOLEK G” – 7 miesięcy na „kapciu”- część V

wenecjaPo wyjściu ze stoczni popłynęliśmy do Wenecji we Włoszech. Mieliśmy załadować osprzęt do pogłębiarki: rury stalowe, gumowe węże (właściwie wężyska, bo miały dużą średnicę), różne złączki i masę drobiazgów.

Dziwnie się czuliśmy wpływając do Wenecji naszym podpicowanym Bolkiem G. Lawirując w gąszczu stateczków wycieczkowych i gondoli, minęliśmy plac Świętego Marka i zacumowaliśmy po drugiej stronie Canale Grande. Jak zwykle przyszli oficjele i odpękaliśmy odprawę wejściową.

Miałem już przygotowany stowage plan (po polsku: Sztauplan, plan sztauerski, plan rozłożenia ładunku na statku przygotowany przez maklera i realizowany przez sztauera (w porozumieniu z oficerem ładunkowym), z uwzględnieniem stateczności i bezpieczeństwa statku oraz właściwości ładunku).  Definicja powyższa niezła, choć częściej przygotowywał sztauplan Czif (oficer ładunkowy). W dobie komputerów, zwłaszcza na kontenerowcach, plan robi planner na lądzie, ale i tak musi być to zaakceptowane przez Czifa w imieniu Kapitana.

Agent poinformował, że foreman (brygadzista kierujący pracą dokerów = sztauerów = robotników portowych) zjawi się za moment. Otworzyliśmy ładownię i czekamy. Zaczęły podjeżdżać ciężarówki z ładunkiem i 2 dźwigi. Z podziwem patrzyłem na szybkość i organizację Włochów. Zanosiło się na szybki, przyjemny i bezproblemowy załadunek. Akurat! Chyba w marzeniach.

Marzenia okazały się koszmarem sennym. Zanim zdążyłem zbiec na ląd, dokerzy podczepili rurę i spuścili ją do ładowni. Krzykiem zatrzymałem dalszą akcję. Grzecznie poprosiłem o kontakt z foremanem. W końcu jeden z dokerów przyznał się, że jest bossem. Niewiele to dało, bo zarówno polski, jak i angielski nie wywoływały błysku zrozumienia w ich oczach. Jako, że bohatersko blokowałem własnym ciałem próby dalszego załadunku, dokerzy postanowili skontaktować się z agentem. W czasach przed komórkami nie było to łatwe. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, do budki telefonicznej było tylko kilkaset metrów, a agent został odnaleziony w biurze agencji.

Po 30 minutach zjawił się agent i mogłem mu wytłumaczyć, że najpierw trzeba przedyskutować sposób załadunku, rozłożyć drewno sztauerskie na dnie ładowni, przygotować liny stalowe i uzgodnić sposób mocowania, zabezpieczania ładunku.  Agent zrobił wielkie oczy. Popatrzył na mnie, jak na wariata i powiedział, żebym nie stwarzał problemów i nie utrudniał pracy dokerom. Użył też ulubionego argumentu agentów, foremanów na całym świecie: Ci dokerzy latami ładowali statki w ten sposób i nigdy nikt się nie skarżył.  Ja na to odpowiedziałem też sztampowo: nikt się nie skarżył, bo tak załadowane statki zatonęły i ewentualni skarżący spoczywają na dnie oceanu.

Wkurzony agent poleciał na skargę do kapitana, który kazał mu spadać i słuchać poleceń Czifa. Agent, nasz reprezentant i pomocnik, wsiadł do samochodu i odjechał w siną dal. Ja wciąż robiłem za Rejtana.

Po godzinie, z triumfem wypisanym na twarzy, powrócił agent w towarzystwie Włocha, który wyglądał jak karykatura mafiosa.  I zaczęło się. Złoty łańcuch na owłosionej klacie podskakiwał, gdy mafioso wymachiwał rękami i darł gębę po włosku. Jako, że nie znałem języka, spokojnie czekałem na przerwę w ryku i tłumaczenie agenta. Oczywiście: miałem zapomnieć o głupich żądaniach, które dużo kosztują, nie utrudniać pracy fachowcom, spadać na drzewo itp., itd. Groził tez zerwaniem umowy na przewóz towaru. Był bardzo elokwentny i miał dużo pary w pysku.

W chwilach, gdy się zapowietrzał, starałem się wytłumaczyć, że choć do Tunisu jest tylko 5 dni przelotu morskiego, to wystarczy jedna fala, żeby przesunąć niezamocowany ładunek i zatopić statek. Afera pięknie się rozwijała. Tłumek dokerów i członków załogi dzielnie nam kibicował. Zjawił się Kapitan i tylko zaognił sytuacje, bo mnie poparł.

W końcu wściekły mafioso zaciągnął agenta do samochodu, a na odchodnym obiecał, że załatwi wszystko z naszym armatorem, a nas udupi. Korzystając z chwili wolnego czasu udaliśmy się na kolację.

Wieczorem zjawił się agent z żądaniem podania, ile i jakich materiałów sztauerskich potrzebujemy. Wyjaśniłem mu, że wszystkie informacje znajdzie na kartce dołączonej do sztauplanu, a to wszystko dostał podczas odprawy. Dodałem też, że dodatkowe zapotrzebowanie podam, gdy zobaczę tą część ładunku, którą na liście ładunkowej określili enigmatycznym słowem: różne.

Następnego dnia, koło południa zjawiła się ciężarówka z częścią materiału sztauerskiego. Mogliśmy zaczynać. Wyszło na jaw, że dokerzy nie mają zielonego pojęcia, jak rozłożyć drewno i stalowe liny. W ramach demonstracji i nauki, przygotowałem z marynarzami pół ładowni. Początek załadunku pokazał, że tego też nie potrafią.  Ładowałem z marynarzami, a włoscy dokerzy obserwowali to z zainteresowaniem. Tylko włoski operator dźwigu miał przechlapane, bo musiał pracować.

Stopniowo sytuacja zaczęła się poprawiać. Zauważyłem, że Drugi oficer (w przeszłości właściciel i szyper kutra rybackiego) i jeden z marynarzy zaczynają kumać czaczę.  Dokerzy znudzeni patrzeniem zaczęli nam pomagać. Podkładanie drewna i mocowanie ładunku wciąż ich przerastało.

Przez następne dni sytuacja się unormowała. Każda grupka dokerów miała dozorcę z załogi, który myślał, a oni dokładali siłę fizyczną. Wprowadzając nowe rozwiązanie w załadunku musiałem przeprowadzić praktyczną demonstrację.  Polacy uczyli się w miarę szybko, więc załadunek posuwał się do przodu. Ładownia została załadowana i zabezpieczona.  Potem wrzuciliśmy parę warstw długich, szerokich rur na klapy ładowni, ściągnęliśmy stalówkami i po ptakach.

Załadunek miałem urozmaicony wizytami mafiosa. Przyjeżdżał dwa, trzy razy dziennie. Pokrzykiwał, że doprowadzę go do bankructwa, że jestem zarozumiałym Polakiem i dupą nie marynarzem. Ja, spokojnie paląc papierosa, wytykałem mu brak jakiejkolwiek wiedzy, ze szczególnym uwzględnieniem wiedzy morskiej. Radziłem mu, żeby wrócił do swoich zajęć (w myślach dodawałem: do ściągania haraczy, sutenerstwa i handlu narkotykami), na których, być może, się zna.

Pa paru dniach odniosłem wrażenie, że przyjeżdża odegrać ten teatrzyk, aby pokazać dokerom, jaki to z niego twardziel. Dostosowałem się do konwencji i też zacząłem drzeć mordę, machać rękami i wplatać polskie, angielskie i, świeżo poznane, włoskie przekleństwa we wrzaski.

Praktyka czyni mistrza. Nasze kłótnie wyglądały bardzo malowniczo i przynosiły wiele radości świadkom z Włoch i Polski, a mafioso i ja czuliśmy się jak wybitni aktorzy. Zanim zdążyliśmy osiągnąć oscarowy poziom, załadunek się skończył i wypłynęliśmy na spokojny Adriatyk.

Pogoda zaczęła się pogarszać na Morzu Jońskim, a na wysokości Sycylii sztorm szalał już w najlepsze. Bolek G kiwał się po 40 stopni na każda burtę, a ja z troską obserwowałem rury na ładowni. Fale wchodziły na pokład, czasami sięgając klap ładowni. Pocieszałem się, że już mocniej nie mogłem naciągnąć stalówek zabezpieczających. Co działo się w ładowni? To można sprawdzić dopiero w Tunisie.

W Tunisie okazało się, że cały ładunek jest w idealnym stanie. Pojawił się uśmiechnięty mafioso i wyładunek ruszył z kopyta.

Jednak 3 dnia wyładunku nastąpił niespodziewany zwrot akcji. Na kei leżała część wyładowanych rur. Nagle zaczęli zbiegać się tam ludzie i słychać było okrzyki podniecenia. Nie przejęliśmy się tym zbiegowiskiem, bo tubylcy lubili robić afery z byle powodu. Powinniśmy być bardziej czujni!

Po pół godzinie na statek wkroczył agent z trzema mundurowymi. Udali się do kabiny Kapitana. Porozmawiali z nim przez chwilę, pozwolili przebrać w mundur i czapkę. Kapitan zdążył mi tylko powiedzieć, że biorą go na wyjaśnienia i powinien niedługo wrócić. Otoczony przez mundurowych zszedł na ląd i cała grupa zniknęła wśród rur.

Mijały godziny, a Kapitana ani widu ani słychu. Zaczęły docierać do nas plotki, że w rurach wyładowanych ze statku znaleziono broń. Powoli zacząłem ściągać kombinezon, żeby wcisnąć się w bardziej eleganckie ciuchy i ruszyć z odsieczą. Niespodziewanie wrócił blady i wymęczony Kapitan.

Powiedział, że weźmie szybki prysznic i żebym za 10 minut zaszedł do jego kabiny. Zaszedłem i, popijając zimne piwo, wysłuchałem opowieści o znęcaniu psychicznym, torturach, spojrzeniu śmierci w oczy. Żartuję :).

Przez dwie godziny tunezyjscy policjanci starali się wmówić Kapitanowi udział w przemycie broni. Ciężko im szło, bo gadali po arabsku, a tłumaczący agent nie był wybitnym anglistą. Podtykali też Kapitanowi różne papiery do podpisania, ale on odmawiał. Głupio argumentował, że nie zna arabskiego. Cwani policjanci przytargali francuskie tłumaczenie, ale to też nie zadowoliło kapitana. Z uporem obstawał przy angielskim, ewentualnie polskim.

Załamani policjanci przerwali przesłuchanie na całą godzinę. Kapitan tkwił w pokoju przesłuchań o suchym pysku, a oni na zewnątrz kombinowali. Jak to u mężczyzn, burza mózgów doprowadziła ich do dupy. Wpadli na szatański pomysł wrobienia Kapitana w gwałt.

Zorganizowali okazanie, w czasie którego, zapłakana i lekko stłamszona Tunezyjka wskazała Kapitana, jako gwałciciela. Sytuacja była tak absurdalna, że nasz dzielny Stary nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. Zajęci kombinowaniem policjanci zapomnieli uzgodnić swój diabelski plan z agentem.  Gdyby to zrobili, to wiedzieliby, że jedyną osobą z załogi, która postawiła stopę na lądzie był Czif – sprawdzałem zanurzenia.

Gdy do policjantów dotarło, że ich: „cały, misterny plan w p…u”, to szybko zwolnili Kapitana i mogliśmy, po skończeniu wyładunku, opuścić piękne, ale gościnne inaczej, wybrzeże Tunezji.Tunis – Mapy Google

4 thoughts on “Wenecja – Tunis – „BOLEK G” – 7 miesięcy na „kapciu”- część V”

  1. Mróz says:

    Nowy klął! I to w różnych językach! To brzmi jak „morskie opowieści”!
    pm

  2. Captain Darek says:

    Morze zmienia człowieka. Rekord bluzgów padł w Sankt Petersburgu, w 2003 roku, zimą przy -35 stopni Celsjusza. Przez kilka minut wyzywałem ruskich dokerów, używając polskich, rosyjskich i angielskich przekleństw. Wszyscy słuchali z rozdziawionymi z podziwu gębami, a temperatura powietrza podniosła się o parę stopni :)

  3. Mróz says:

    Ja użyłem „słów k.. itp.” raz. Miałem taką przypadłość, że do marynarzy zwracałem sie per pan. (zresztą zwróciłem sie kiedyś do chiefa z prośba o nazywanie mnie po imieniu a nie III – udało się na wesoło). Podczas manewrów poprosiłem (sic!) by wziął linę zwaną cumą i przełożył przez kluzę i niestał na niej. Bez reakcji. Więc ja jeszcze raz proszę. I gdy znowu nic a motorówka przy burcie czeka na linę to przeszedłem na „bluzg”. I pojawił sie uśmiech na twarzy i widzę zrozumienie a cuma już jest w kluzie i opuszcza się na łódkę.
    pm

  4. Mróz says:

    popełniłem błąd – oczywiście nie do chiefa się zwróciłem tylko do marynarza. A rozkaz brzmiał tak: Czy mógłby Pan wziąść te linę i podać na motorówkę. I proszę pilnować (to do drugiego mar.) by nie wyleciała cała za burte. Teraz przypominam sobie, że cumy były juz przewleczone przez kluzy i może przewieszone na relingach.
    pm

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>