„BOLEK G” – 7 miesięcy na „kapciu”- część II.

Część pierwsza historii pod adresem: podfale.pl/bolek-g-7-miesiecy-na-kapciu-czesc-i

Sofia  Bułgaria do Burgas  Bułgaria – Mapy Google

 

„…a ja pomyślałem, że gorzej już być nie może.” Tak zakończyłem część I. Cóż – nadzieja jest matką głupich.

Tym razem poleciałem przez Warszawę do Sofii w Bułgarii, a statek miał czekać w Burgas. Wiedziałem, że ze stolicy Bułgarii nad morze jest spory kawałek. Teraz, dzięki guglom, łatwo to sprawdzić: przez Автомагистрала „Тракия“/A1 – 3 godz. 37 min. – 383 km – 3 godz.12 min. bez korków.” Prawie dokładnie odległość Warszawa – Gdynia.

Według gdyńskiej agencji na lotnisku miał czekać bułgarski agent i zorganizować dalszą podróż na statek.  Za trzecim razem osiągnąłem sukces. Przeszedłem przez odprawę wjazdową, wziąłem bagaż z taśmy i znalazłem się na bułgarskiej ziemi.

Na całym świecie jest zwyczaj, że agent czy kierowca czekający w sali przylotów dzierży kartkę z nazwiskiem delikwenta lub z nazwą statku. Spokojnie, ale bacznie zacząłem się rozglądać. A im bardziej uważnie się rozglądałem tym bardziej byłem pewny, że ani mojego nazwiska, ani nazwy statku na żadnym kartoniku nie ma.

Postanowiłem wykazać większą inicjatywę. Zacząłem krążyć po sali i zaczepiać ludzi bez kartek, którzy zdawali się czekać na coś lub na kogoś.  Bez sukcesu. Rozszerzyłem promień poszukiwań i przeczesałem ulicę przylegającą do budynku lotniska. Kicha!

Samokrytycznie muszę stwierdzić, że uczenie się na błędach jest mi całkowicie obce. Nieudane wyprawy do Grecji i Libanu powinny mi dać do myślenia. Owszem – dały, ale wnioski wyciągnąłem dość przewrotne. Założyłem, że: gorzej już być nie może, nic dwa razy się nie zdarza, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki (a co dopiero trzy razy!). Zgodnie z tą pokrętną logiką nie wziąłem ze sobą żadnych pieniędzy. Wierny jednak swojej filozofii spokojnie czekałem.

Po trzech godzinach zauważyłem podejrzanego, młodego człowieka. Kręcił się niezdecydowany i coś białego wystawało mu spod pachy. Podszedłem bliżej i wypatrzyłem litery SZ na białym tle. Gdy pokonał wstyd i pokazał całość napisu, z ulgą zobaczyłem swoje nazwisko. Znalazłem kierowcę! Alleluja! („Zwrot ten stał się częścią chrześcijańskiej liturgii kościelnej czy szerzej kultury (np. wejście do języka potocznego, jako okrzyk radości, tekstów piosenek w muzyce rozrywkowej czy też życzenia na kartkach pocztowych lub na wystawach sklepów w okresie związanym ze Świętami Wielkanocnymi: „Wesołego Alleluja!”, co przez większość ludzi rozumiane jest jako „Wesołych Świąt”), chociaż znajomość znaczenia tego zwrotu jako „Wychwalajcie Jahwe!” jest rzadko spotykana.” – nie mogłem się powstrzymać przed wklejeniem części definicji :))

Uradowałem się zwycięstwem mojej filozofii optymizmu nad prawami  Murphy’ego („Zbiór popularnych, często humorystycznych powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe).

Wsiedliśmy do Mazdy 323 i pomknęliśmy w kierunku Burgas. Bułgarskie drogi zrewidowały moją opinię na temat polskich. Zaznaczam, że był rok 1998. Już pierwsze skrzyżowanie mnie zadziwiło. Ulice, z co najmniej 4 pasami w każdym kierunku (czyli razem 8 pasów), ale bez żadnych linii namalowanych na asfalcie. Jakim cudem kierowcy wiedzieli jak jechać?

Автомагистрала „Тракия“/A1 łącząca Sofię z Burgas okazała się wąską asfaltówką pełną dziur. Lepiej określić ją, jako drogę składająca się z dziur, gdzie można było, czasami, napotkać asfalt. Kierowca pomykał 140 km/h. Byłem przekonany, że po kilku kilometrach zawieszenie się rozsypie. Widocznie Mazda była podrasowana, bo do Burgas dojechaliśmy w całości, choć wytrzęsieni.

Dotarliśmy do portu. „Bolek G” był starym, małym masowcem o pojemności 1991 ton rejestrowych. Miał jedną ładownie, którą można było podzielić na dwie mniejsze. 13 Polaków stanowiło załogę. Armatorem był Szkot, a portem macierzystym Kołobrzeg, czyli statek pływał pod polską banderą :)

Zawsze, gdy pierwszy raz wchodzę na nowy statek, przypomina mi się tekst z powieści sensacyjnej Alistaira MacLeana: „(bohater) wiedział, że zbliżają się do portu. Po okolicy kręciły się podejrzane typy. Rozpoznał ich – byli to oficerowie marynarki handlowej”.

Podobne wrażenia towarzyszyły mi, gdy wszedłem po trapie. Drab, spotkany na burcie, warknął coś do radia, a po chwili zjawił się następny opryszek, który przedstawił się jako Drugi Oficer. Uśmiech miał fałszywy i patrzył na mnie z wyraźną niechęcią i wyrzutem. Dopiero później dowiedziałem się, że miał awansować na Czifa, a przysłali mnie i z awansu nici.

Okazało się też, że poprzedni Czif już opuścił statek. Musiałem w szybkim tempie zapoznać się ze statkiem, znaleźć papiery i dokumentację niezbędna do wyliczeń ładunkowych. Dowiedziałem się też, że nazajutrz idziemy na stocznię i na wczoraj potrzebne są wyliczenia stanów statecznościowych, balastowych.

Krótkie wyjaśnienie.

Te małe, prostokątne, ustawione w rządku przed gruszką statku to kilbloki.

kil

 

 

                                                                  Widoczny na zdjęciu statek stoi na kilblokach w pływającym doku.pływający
Statek wpływa do doku, cumuje dokładnie nad kilblokami. Woda w balastach statku ma być tak rozmieszczona, żeby statek równo osiadł na kilblokach i się nie złamał, i nie przewrócił. Gdy wszystko jest gotowe, woda z balastów doku jest wypompowywana i dok wraz ze statkiem unosi się do góry, aż do momentu, gdy wnętrze doku i statek są suche. Kadłub statku można oczyścić, pomalować i przeprowadzić inspekcję, naprawę jego podwodnych części.

Podobnie jest z suchym dokiem. Gdy statek jest gotowy, bramy doku są zamykane i woda jest odpompowywana ze środka doku na zewnątrz.

 

Zdjęcie z innej stoczni, aby pokazać ideę. Myśmy „Bolkiem G” wjeżdżali do góry mając linię dziób – rufa równolegle do nabrzeża.

stocznia na lądzie

W przypadku stoczni w Burgas technika była inna. Bolek zacumował przy nabrzeżu. Ruchome kilbloki podjechały od dołu i podparły dno statku. Następnie podniosły statek do góry, na nabrzeże, podjechały z nim pod górkę, a następnie w bok. Pokazuje to moja piękna grafika opracowana na mapie gugla.Stocznia Burgas

Stanęliśmy w miejscu, gdzie widać stateczek, stoczniowcy opletli statek rusztowaniami i zaczął się remont.

Jak to wyglądało oraz o innych, niespodziewanych atrakcjach proszę czytać w części III.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>