„Bolek G” – 7 miesięcy na „kapciu”- część I.

BEY_basile_baron_whatitwasayearago_nwindfghxsPrzez kilka ostatnich lat ubiegłego wieku z sukcesem  testowałem  prosty sposób na podwyżkę pensji. Aplikacje, dokumenty miałem złożone w prawie 20 agencjach pośredniczących w zatrudnieniu marynarzy. Po powrocie z kontraktu, po dwóch, trzech miesiącach odpoczynku puszczałem informację, że jestem chętny do wypłynięcia. Jednocześnie dodawałem 100$ do mojej ostatniej pensji i odrzucałem wszystkie propozycje niższego wynagrodzenia.

System działał, choć niektóre agencje starały się mnie przechytrzyć. Żeby nie denerwować marynarzy, miałem dostawać mniejszą pensję, czyli taką, jaka aktualnie obowiązuje na danym statku. Po skończeniu kontraktu, po powrocie do Gdyni agencja wypłacałaby mi różnicę (moje wymagania minus pensja otrzymana na statku). Choć wierzę w dobrą naturę człowieka, to nie byłem na tyle naiwny i głupi, żeby pójść na taki układ :)

W lipcu 1998 roku wróciłem z krótkiego, 6 tygodniowego kontraktu (krótkiego, bo ujawniła się niezgodność charakterów: mojego i niemieckiego kapitana – o tym innym razem).  Dwa tygodnie po powrocie natknąłem się przypadkowo na szyld małej agencji crewingowej. Zaszedłem do biura, krótka rozmowa, moje warunki zostały zaakceptowane i po chwili, z kontraktem w ręku, jechałem do domu, żeby spakować rzeczy.

Błyskawiczne podpisanie kontraktu potwierdziło porzekadło: „miłe złego początki”.

Na statek „Bolek G” miałem polecieć z Gdańska do Pireusu. Rodzinka odwiozła mnie na lotnisko w Rębiechowie. Były to wciąż stare, dobre czasy, więc zdążyłem tuż przed ostatnim dzwonkiem (wspominam o tym w: http://podfale.pl/uroki-podrozy-lotniczych/). Zgrabnie przebrnąłem przez odprawę i czekałem spokojnie na boarding, czyli  wejście na pokład samolotu.

Po ogłoszeniu boardingu pasażerowie zaczęli pchać się do wyjścia, a ja spokojnie czytałem gazetę, czekając aż tłum się przerzedzi – wszak beze mnie samolot nie poleci. Byłem w „mylnym błędzie” :)

Do stewardesy pilnującej bramki podszedł oficer straży granicznej i wręczył kartkę. Po chwili usłyszałem komunikat: „Pasażer Dariusz Nowosz proszony jest do stanowiska odprawy”. Zgłosiłem się i z oficerem wróciliśmy, pod prąd, ze strefy wolnocłowej, do Polski. Tam, na stanowisku Straży Granicznej, czekał mój bagaż i fax z prośbą o powstrzymanie mojego odlotu. Przypominam, że  był rok 1998 i komórki nie były w powszechnym użyciu. Polska nie była w Unii ani w strefie Schengen.

Po pewnym czasie udało mi się skontaktować z agencją. Okazało się, że z opóźnieniem zdali sobie sprawę z konieczności załatwienia wizy greckiej. Pomyślałem z uznaniem, że i tak byli sprawni i bystrzy zatrzymując mnie w Polsce, bo mogłem wylądować w Grecji…I, cholera wie, co dalej. Niestety, uznanie dla pracy agencji nie przetrwało nawet tygodnia.

Po kilku dniach dostałem informacje, że Bolek płynie do Libanu i mam już zabukowany lot: Gdańsk – Warszawa liniami LOT oraz Warszawa – Budapeszt – Bejrut węgierskimi liniami Malev.

Mała dygresja. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku latałem na i z kontraktów kilkadziesiąt razy. Lecąc na statek nie brałem pieniędzy, bo: jadłem w samolotach, na docelowym lotnisku czekał agent i zabierał mnie na statek lub do hotelu. Wszystko było opłacone, a czasami agent dodatkowo dawał  pieniądze na drobne przyjemności. Bez grosza przy duszy można było czekać kilka dni, a nawet tygodni na spóźniający się statek  – były to właściwie płatne wakacje, bo pensja była liczona od startu samolotu w Polsce.

Zaniepokojony fiaskiem podróży do Grecji postanowiłem zaszaleć i wybierając się do Bejrutu wziąłem 20 dolarów amerykańskich.

Po 12 godzinach, przesiadkach w Warszawie i Budapeszcie, wylądowałem na lotnisku w Bejrucie. Stanąłem w dużej kolejce do odprawy i w końcu dotarłem do stanowiska odprawy paszportowej. Odprawa była krótka i negatywna. Oficer imigracyjny po francusku zadał kilka pytań (ja, niestety, nie znam tego pięknego języka), a w końcu, zniecierpliwionym gestem, kazał mi spadać na koniec kolejki.

Po paru godzinach zrobiło się luźniej i miałem szansę „porozmawiać” z oficerem. Wręczyłem mu kartkę z danymi agenta i informacją, że mam zamustrować na Bolka. Znowu kazał mi czekać. Po długim czasie zjawił się inny oficer, wziął moje papiery i kazał iść ze sobą. Dotarliśmy do biur immigration. Mnie usadził przed wejściem, a sam zniknął w środku na parę godzin.

Sytuacja była szczególna. Tkwiłem na lotnisku już kilka godzin i nie znałem przyczyny zatrzymania. Z miejsca, gdzie mnie trzymali, nie mogłem zadzwonić. Zresztą numery telefoniczne były w papierach, które zabrał oficer imigracyjny. Na szczęście w strefie była jadłodajnia, więc zjadłem małe Conieco. Z 20$ pozostały nędzne resztki. Wiedziałem też, że statek miał planowany krótki postój w Bejrucie i mógł już wypłynąć. Cóż mogłem zrobić? Nic, więc spokojnie czekałem.

No i doczekałem się. Pojawił się urzędnik z moimi papierami. Mówił też po angielsku na poziomie umożliwiającym rozmowę ze zrozumieniem. Okazało się, że agent zapomniał załatwić jakiegoś papierka. Skontaktowali się z agentem, ale ten powiedział, że już po ptakach, bo statek wypłynął i nie ma sensu teraz rzeczonego papierka załatwiać. I to już nie jego sprawa. Super!

W tej sytuacji Libańczycy postanowili mnie deportować (deportacja (prawo) – wydalenie cudzoziemca na podstawie indywidualnej decyzji administracyjnej).  Uznali też, że winne są linie lotnicze Malev, którymi dostałem się do Libanu. Malev musiał zafundować bilet powrotny aż do Warszawy przez Budapeszt. Miałem też szczęście. Loty Maleva były nieregularne i częstotliwość na linii Bejrut – Budapeszt wahała się od 36 do 72 godzin. Ja trafiłem dobrze, bo musiałem czekać tylko 26 godzin.

Strefę wolnocłową zwiedziłem bardzo dokładnie. Mogłem tylko szwendać się i drzemać. Nędzną resztkę dolarów zachowałem na wykonanie telefonu w Budapeszcie. Chciałem powiadomić agencję w Polsce o moich problemach i dać im czas na załatwienie biletu z Warszawy do Gdańska.

Pasjonująca, lotniskowa turystyka dobiegła końca. Lecąc do Budapesztu jadłem wszystko, co było dostępne. Udało mi się przełamać niechęć stewardess (wszak leciałem na ich koszt) i dostać dodatkowe żarcie.

W Budapeszcie zadzwoniłem do Gdyni, do agencji i krótko, zwięźle zażądałem pomocy. Obiecali, że błyskawicznie zaczną działać.

Po wylądowaniu w Warszawie zostałem zatrzymany przez Straż Graniczną. Na oczach wszystkich pasażerów, z zachowaniem środków ostrożności, stanowczo i kulturalnie zaprowadzili mnie w miejsce odosobnienia. Szykowałem się do dłuższej odsiadki. Bardzo się zdziwiłem, gdy przyjęli ze zrozumieniem moje wyjaśnienie powodów deportacji i uwierzyli, że nie jestem przestępcą. Mogłem spokojnie udać się na salę lotów krajowych. Tam okazało się, że żaden bilet na mnie nie czeka. W dodatku nie ma już miejsc w samolocie do Gdańska. Mogą wpisać mnie na listę rezerwową, czyli może polecę, jeśli ktoś nie wykupi zarezerwowanego biletu. Zapisałem się.

Co robić? Pieniędzy na bilet i tak nie mam. Pieniędzy zostało mi tylko na jeden telefon do Gdyni. Dzwonić do agencji, która się na mnie olała? Bez sensu.

Miłe panie zaproponowały rozwiązanie: niech ktoś na lotnisku w Gdańsku zapłaci za bilet, kasa wyśle potwierdzenie do Warszawy i będę czekał z biletem na ewentualne wolne miejsce.

Zadzwoniłem do żony i szybko wytłumaczyłem, co ma zrobić. Nie zdążyliśmy porozmawiać dłużej, bo skończyły się pieniądze. Pozostało mi czekać w ciemno na efekty działania żony.

Żona w Gdyni była w lekkiej kropce. Był wieczór. Do zamknięcia kasy na lotnisku została godzina. Samochód w naprawie, w portfelu 50 złotych, a kart bankomatowych jeszcze nie używała. Na próby kontaktu odpowiedział znajomy posiadacz motocykla. Żona kazała mu wziąć posiadaną gotówkę i przyjechać. Po 15 minutach mknęli motorem.

10 minut przed zamknięciem kasy udało się zapłacić za bilet i potwierdzenie zostało wysłane. A w Warszawie byłem jedynym z rezerwowej listy, który załapał się na lot.

Następnego dnia udałem się do agencji z pretensjami i po zwrot pieniędzy. Dopiero wtedy zorientowałem się, że szefem jest ojciec, a żona, córka i zięciu to pracownicy. Trafiłem na córkę – niezgułę, która z głupim uśmiechem stwierdziła, że załatwienie biletu było niemożliwe i, w ogóle, czemu się czepiam i denerwuję. A o zwrot pieniędzy mogę poprosić, jak będę na statku. Może mi zwrócą. Mimo mojego łagodnego charakteru czułem, że chwila wybuchu jest bliska i pozostaje mi tylko zabić głupią babę. Miała szczęście, bo zjawił się jej ojciec – szef i zaczął mnie przepraszać. Bez szemrania wyciągnął kilka stów z portfela i zwrócił za bilet.

Miałem zamiar zrezygnować z tego kontraktu, ale szef – ojciec bardzo ładnie prosił, a ja pomyślałem, że gorzej już być nie może.

A co było dalej, gdy w końcu dotarłem na statek? O tym w następnych częściach.

 

 

 

 

 

 

 

2 thoughts on “„Bolek G” – 7 miesięcy na „kapciu”- część I.”

  1. Pingback: „BOLEK G” – 7 MIESIĘCY NA „KAPCIU”- CZĘŚĆ II. - Pod fale
  2. Trackback: „BOLEK G” – 7 MIESIĘCY NA „KAPCIU”- CZĘŚĆ II. - Pod fale
  3. premium wordpress theme says:

    Nice blog here! Also your web site so much up very fast! What web host are you using?
    Can I am getting your affiliate link for your host?
    I wish my site loaded up as quickly as yours lol

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>