1993 Irish Sea 2008 – Co się odwlecze to nie uciecze.

Chciałem napisać o jednej z najgorszych nocy spędzonych na morzu.  Pomyślałem, że fajnie będzie dołączyć zdjęcie statku. Wklepałem m/v Schiaffino w przeglądarkę i zacząłem przeglądać zdjęcia. I natknąłem się na to…

0946-MV Riverdance irish coast.jpg 35.3K

 

31 stycznia 2008 M/V Riverdance (ex Schiaffino (1991), potem były zmiany na Sally Eurobridge (1993), Eurobridge (1994) i ponownie Sally Eurobridge (1995).   W 1996 roku wróciła nazwa Eurobridge i na końcu, aż do brzózki Riverdance (uff!)) po uderzenia fali, wiatru i przesunięciu ładunku dostał 60 stopni przechyłu i w końcu został zepchnięty na brzeg. Więcej na  http://en.wikipedia.org/wiki/MS_Riverdance

Końcowy, fatalny rejs Riverdance odbył 15 lat po nocy 17 stycznia 1993, która mogła być jego i moją ostatnią.

14 stycznia 1993 na Bałtyku zatonął polski prom Heweliusz i zginęło 55 marynarzy. Wśród ofiar był mój kolega ze studiów.

17 stycznia 1993 czekaliśmy w Belfaście na poprawę pogody. Informacja o Heweliuszu już dotarła, a że połowę załogi Schiaffino stanowili Polacy, atmosfera była dość przygnębiająca.

W tamtych styczniowych dniach sztormy szalały w całej Europie. Wyjście naszego promu zostało opóźnione, bo na Morzu Irlandzkim było nieciekawie. W końcu usłyszeliśmy prognozy pogody o zmniejszającym się wietrze i angielski kapitan zdecydował, że wypływamy.

Z Belfastu do Heysham , z zachodu na wschód, płynęliśmy zwykle około 8 godzin po gładkim morzu. Cały przelot morski robił drugi oficer, czyli ja. Czasami spędzałem nawet do 14 godzin na mostku, gdy zła pogoda spowalniała statek.

Wszystko było fajnie do czasu wyjścia z zatoki. Na pełnym morzu fala i wiatr szybko rosły i płynięcie na wschód kursem 100 stopni było niemożliwe. Prom nie miał stabilizatorów i przechyły zaczęły osiągać 40 stopni. Postanowiłem zmienić kurs bardziej na falę, wiatr i popłynąć na południowy wschód, a następnie zrobić zwrot i popłynąć kursem północno wschodnim aby dotrzeć do północnych brzegów Isle of Man. Podobną taktykę planowałem zastosować po minięciu wyspy.

Niestety, wiatr wciąż się wzmagał. Szybko wzrósł do 12 stopni w skali Beauforta.

Wiatr zmieniał też kierunek. Z południowo wschodniego przeszedł na południowy i dalej skręcał na zachód. Fale atakowały statek z tych wszystkich kierunków. Nadbudówka z mostkiem (jak widać na zdjęciach) i kabinami znajdowała się na dziobie statku, więc hałas, wstrząsy czuła cała załoga. W końcu zjawił się obudzony kapitan. Trochę mnie zaniepokoił stwierdzeniem, że nie widział tak wzburzonego morza – ja już widziałem. Żaden z nas nie uważał za stosowne robienie zwrotu, więc kapitan zdecydował, że płyniemy na północ od Holyhead, a tam, pod osłoną brzegu zrobimy zwrot i skierujemy się w stronę Heysham.

Jednak już po godzinie stwierdziłem, że: „cały, misterny plan w pizdu”. Monstrualne fale z wielu kierunków waliły w statek, który dosłownie pękał w szwach. Wiatr w porywach dochodził do 80 węzłów (po 15 latach Riverdance zakończy żywot przy 70 węzłach).  W dodatku przez radio dotarła informacja, że w okolicy Holyhead wiatr wieje z prędkością 85 węzłów, a znacznie większy od nas prom pasażerski ma kłopoty i rannych pasażerów.

Zaprosiłem kapitana na konsultacje czując, że statek tego falobicia dłużej nie wytrzyma. Przyznał mi rację. Podjął decyzję o zwrocie na kurs północno wschodni. Załoga została powiadomiona, a na mostku zrobiło się tłoczno.

Po wyłożeniu steru na lewą burtę statek baaardzo powoli zaczął skręcać w lewo. I nagle przechylił się na lewą burtę, położył na fali ,  wszystkie nieumocowane rzeczy na mostku przeleciały na lewą burtę (wciąż widzę strugę mleka, która wyfrunęła z zamocowanego dzbanka i leciała  w powietrzu 14 metrów z prawej na lewą burtę) i tak leżał, leżał przez całą wieczność. Nikt nic nie mówił. Myślę, że każdy natężał wszystkie siły, żeby myślami podnieść statek i dokończyć zwrot.

I stał się cud. Statek wznowił powolny zwrot w lewo i zaczął się prostować. Udało się. Na nowym kursie czuliśmy sie komfortowo, choć kiwało jak diabli, ale w granicach bezpieczeństwa. Wszyscy się rozlużnili, zaczęły się podśmiechujki z cykorów, ale życie jest piękne itp.

Niekoniecznie.

Jak można przeczytać w skali Beauforta przy wietrze > 64 węzły (a dochodził do 80) jest: kipiel wodna, huk morza, ograniczona widzialność. Mimo tego nagle zobaczyliśmy światła statku z prawej burty, które w dodatku pozostawały cały czas w tym samym namiarze, czyli groziło nam zderzenie.

Prawo morskie nakazywało nam przepuścić statek z naszej prawej burty.  Tak też zrobiliśmy. Znów mieliśmy (i to dwa razy) moment, gdy statek kładł się na bok i długą chwilę zastanawiał się: przewrócić się i zatonąć, czy podnieść.

Człowiek ma jednak granicę odczuwania strachu i przeżywania emocji. Po stwierdzeniu faktu, że nie mamy wyboru i musimy podjąć ryzyko, zeszło z nas powietrze i ogarnęła dziwna obojętność. Nastąpiła reakcja typu: o znowu leży i leży, o podnosi się, fajno i za chwilę – znowu leży, leży i leży, o podnosi się, fajno – kto może to idzie spać. I zostałem sam na mostku.

Mieliśmy szczęście, którego po 15 latach zabrakło naszym następcom, choć mieli trochę lepszą pogodę.

Znalazłem zdjęcia z Wigilii 1991. Zrobione w części hotelowej, w barze dla kierowców TIR, gdzie świętowaliśmy. Statek nazywał się jeszcze „Schiaffino”.

Skan_20160714 (18)

 

Od lewej: CE Anglik, ja, 14 letnia córka Kapitana, CO Anglik, Zona Kpt, Kapitan - Szkot.

Od lewej: CE Anglik, ja, 14 letnia córka Kapitana, CO Anglik, Zona Kpt, Kapitan – Szkot.

 

Skan_20160714 (20)

Skan_20160716 (2) Skan_20160716 (3) Skan_20160716 (4) Skan_20160716 (5) Skan_20160716 (6) Skan_20160716 (7)Pamiętam, że jedną z atrakcji była degustacja jakiegoś wypasionego alkoholu. Był specjalny rytuał. Dostawało się butelkę i pełny kieliszek. Po wygłoszeniu toastu należało wypić, a następnie napełnić kieliszek i cały zestaw przekazać następnej osobie siedzącej „counterclockwise”, czyli odwrotnie do ruchu wskazówek zegara. Aha! Trzeba to było zagryzać ekstra delikatesem, przysmakiem – śmierdzącym serem.  Jako jedyny niebreton przy stole przełknąłem poczęstunek z fałszywym uśmiechem zadowolenia. Bretony cmokali z zachwytu nad niepowtarzalnym bukietem smaków. Faktycznie był niepowtarzalny – brr!

4 thoughts on “1993 Irish Sea 2008 – Co się odwlecze to nie uciecze.”

  1. laik says:

    Okazuje się, że życie ( a zwłaszcza praca) marynarza nie zawsze jednak jest sielanką. Poza przysłowiowym rumem, kobietami i spiewem może też strach zajrzeć w oczy. Robi się coraz bardziej ciekawie :)

  2. laik says:

    Patrzę na zdjęcie przewróconego statku i zastanawiam się, jak takie coś można podnieść… zwłaszcza kładący się na wodzie! Koszmar jakiś !

    1. Captain Darek says:

      Armator przez dwa miesiące próbował ustawić statek w pionie i, wykorzystując 8 metrowy przypływ morza, odpłynąć z miejsca katastrofy. Statek leżał na piasku, ale w dobrym stanie. Niestety sztormy i pożar dokonały dużych zniszczeń i postanowiono pociąć statek na miejscu na żyletki. Cięcie trwało 6 miesięcy.
      A statek kładący sie na fali podnoszą prawa fizyki i błagania marynarzy:)

  3. lisek Skwierzyna says:

    Uwielbiam twojego bloga jest rewelacyjny.Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>