1977 – Odessa, Jałta – rejs przyjaźni – dzieła zebrane.

Akademik Wydział Nawigacyjny fot. Magdalena Bergańska_0 (1)

    W 1976 roku, po kandydatce na „Darze Pomorza”, naukę na wydziale nawigacji Wyższej Szkoły Morskiej   w Gdyni rozpoczęło 156 studentów.  Na pierwszym roku wylatywały głównie osoby mające problem z WF (szczególnie z basenem) lub wojskiem (raz w tygodniu były zajęcia w Studium Wojskowym). Drugi semestr został skrócony z uwagi na planowane w kwietniu wypłynięcie fregaty „Dar Pomorza” w rejs szkolny.

Plan szkoły był prosty. Około stu najlepszych studentów ma popłynąć w kwietniu na żaglowcu „Dar Pomorza”, a reszta nieudaczników w czerwcu na trawlerze „Jan Turlejski”. O rejsie Daru Pomorza nie napiszę, bo nie mam o nim zielonego pojęcia.

Mogę się za to pochwalić, że (decyzją Kierownika Studium Wychowania Morskiego) zostałem starostą grupy 34 przyszłych załogantów Jana Turlejskiego :)

Akademik WSM przy plaży gdyńskiej tzw. skocznia opustoszał po wypłynięciu Daru. Jako starosta mogłem wywalczyć dla nas – sierot najlepsze pokoje i mieszkaliśmy sobie jak paniska. Na pierwszym roku byliśmy skoszarowani, czyli wszyscy studenci (miejscowi też) musieli mieszkać w akademiku, z którego można było wychodzić (obowiązkowo w mundurach) tylko na zajęcia, do biblioteki lub gdy  uzyskało się pozwolenie wychowawcy ze Studium Wychowania Morskiego.

Wstyd przyznać, ale jako 20 latek nie byłem zbyt obowiązkowy, sumienny i nie świeciłem dobrym przykładem. Niecnie wykorzystując stanowisko wychodziłem z akademika o dowolnej porze ubrany w cywilne ciuchy. Jeździłem do domu, do Olsztyna bez pozwolenia. Przemycałem dziewczynę do swojego pokoju – oczywiście przydzieliłem sobie fajny pokój, gdzie mieszkałem sam.

Jednak dobre nie trwa wieczne. „Dobry kolega” nie mógł znieść mojej demoralizacji. Próbując powstrzymać mój upadek poszedł do Kierownika po ratunek.  Moja kariera się załamała, a kolega niechętnie przejął ciężkie obowiązki starosty.

W końcu nadszedł początek czerwca i zamustrowaliśmy na „Jana Turlejskiego.

TurlejskiJan Turlejski

 

 Statkiem dowodził Kapitan –  legenda: Wiktor Gorządek, first Polish Master Mariner of the Deep-sea Fishing.

Gorzadek

Szefem kuchni był Klemens Kobryn.  Dar niebios dla chudych, wygłodzonych studenciaków. Jeśli ktoś nie brał dokładki to szef stawał w drzwiach kuchni i patrzył grożnie. A prychał z ukontentowaniem, gdy kolega Krzysztof zajadał 11 talerz flaków zakąszając chlebem i kostkami masła.

Z całego, 89 dniowego rejsu pamiętam tylko migawki.

Przelot Gdynia – Brighton:

Na Bałtyku szalał sztorm – oczywiście tylko w odczuciu studentów. Mieszkaliśmy w kubryku na dziobie statku, a reszta: mostek, maszyna, kuchnia znajdowały się w nadbudówce, na rufie statku. Pogoda była na tyle zła, że droga z dziobu na rufę wymagała pewnego sprytu. Trzeba było czekać, aż fala wejdzie na pokład, a potem woda spłynie i szybko dotrzeć na rufę, żeby następna fala nie złapała po drodze. Bylo to nawet zabawne, bo mokry, drewniany pokład byl śliski i można było śmigać jak na łyżwach.    Na pierwsze 3 doby dostałem przydział do maszyny, na wachtę: 0000 – 0400, 1200 – 1600. Na dzień dobry (od północy do 0400), leżąc na plecach, za pomocą małej puszki, wybierałem z uszkodzonej pompy  emulsję.

 (Emulsjami nazywamy dwufazowe, ciekłe układy dyspersyjne, czyli mówiąc bardziej przystępnym językiem układy, w których w jednej cieczy, zwanej fazą ciągłą lub zewnętrzną, zawieszone są subtelne kropelki drugiej cieczy, zwanej fazą rozproszoną lub wewnętrzną. Emulsją jest mleko, majonez, kremy, maści, tzw. mleczka itp.Układ emulsyjny dwóch nie mieszających się cieczy określamy jako olej w wodzie (O/W) jeżeli hydrofobowa faza,  zwana „olejem” jest zawieszona w postaci rozproszonej w fazie hydrofilowej, zwanej „wodą”. Dla przypadku, gdy fazą ciągłą, zewnętrzną jest ciecz hydrofobowa („olej”) a cieczą zdyspergowaną jest ciecz hydrofilowa („woda”) mówimy o emulsji woda w oleju (W/O))

Definicja wygląda bardzo ładnie. Ale, przenosząc kapiącą puszkę nad twarzą, klatką piersiową i brzuchem, po kilkunastu minutach byłem cały umazany olejowym syfem. I miałem gdzieś, czy jest to ciecz hydrofobowa, czy też  cieczą zdyspergowaną jest ciecz hydrofilowa. A że statkiem trochę rzucało to chciało mi się też wymiotować. Mówiąc uczciwie chciało mi się rzygać na to  wszystko.

Po tym doświadczeniu uraz pozostal mi na całe życie. Maszynownia była miejscem, które najrzadziej odwiedzałem na statku.

Brighton, Anglia:

Wizyta w pubie, pinta piwa po o.47 funta (dniówkę mieliśmy o.45 dolara), kilka popijających piwo  staruszek, które łapały nas za rękawy mundurów, bo to przynosi szczęście. Inwalida o kulach podchodzi do jednorękiego bandyty (automatu), wrzuca bilon, umiejętnie wali kulą i sypie sie kupa pieniędzy, a on pakuje to do kieszeni i wraca do picia. Młody Anglik przy barze, który przerywa czytanie książki tylko wtedy, gdy wykonuje mały ruch ręką w kierunku barmana, a ten sprawnie wymienia mu kufel na pełny. W drodze na statek komentowaliśmy urodę mijanych Angielek – same kaszaloty. Nagle z bocznej uliczki wyszła ładna i zgrabna dziewczyna. Sunie miękko i kusząco przed nami. Wydaliśmy wielogłos zachwytu: o k…a, ja pi….ę, patrzcie jaka dupa i jak szczuje (teraz pewnie byśmy powiedzieli, że zajebista – nie lubię tego slowa), zerżnąłbym jak burą sukę itp., itd. Dziewczyna odwróciła się z wdziękiem, uśmiechnęła i powiedziała: „Jak to miło spotkać rodaków”. Mistrzostwo z jej strony! A było to w czasach, gdy większość Polaków mieszkała w Polsce.

Pireus, Grecja:

Podejście rufą do kei po rzuceniu 2 kotwic. Cała długość łańcuchów kotwicznych wykorzystana, a od kei wciąż dzieli nas 7 metrów wody. Żeby dostać się na ląd musieliśmy pływać szalupą. Zwiedzanie zabytków. Kupiłem sobie nóż – finkę harcerską.

Jeszcze jedno wspomnienie z Pireusu, które spłynęło na mnie podczas oglądania w dniu 24.06.2016, w programie TVP 3 Gdańsk „Polska Morska”, materiału o odsłonięciu tablicy pamiątkowej Kpt. Wiktora Gorządka.

Po wyjściu z Gdyni spędziłem kiepski czas na wachtach w maszynie, a potem zostałem dejmanem. Bardzo się ucieszyłem, bo dejmani nic nie robili. Jakoś przeoczyłem fakt, że nic nie robili w niedzielę :) A ja całymi dniami stukałem młotkiem, skrobałem skrobakiem usuwając rdzę. Pewnym odpoczynkiem było miniowanie i malowanie.  Trzeba było wykazać się też inwencją, żeby zamaskować dziury w blasze powstałe w czasie usuwania rdzy.

Ale trud dejmanów został nagrodzony w Pireusie. Pilot, po wejściu na Turleja, zaczął cmokać z podziwem i dopytywać Kapitana, kto jest właścicielem takiego nowego i zadbanego jachtu. A Turlej miał już ponad 20 lat! Pękaliśmy z dumy :)

Stambuł, Turcja:

Zwiedzanie zabytków. Mieliśmy stać 2 dni. Niedaleko kotwiczył szkolny żaglowiec niemiecki „Gorch Fock”. Kapitan Gorządek dowiedział się, że Niemcy będą zwiedzali Stambuł 4 dni. Uniósł się honorem i wydłużył nasz postój do 5 dni. Dostałem dyplom za przejazd mostem łączącym Europę z Azją. Kupiłem pamiątkę – drewnianą fajkę typu Zakopane.

Odessa, ZSRR:

Główny cel naszego rejsu. Wizyta przyjaźni w Szkole Morskiej. Po minięciu główek wejściowych zobaczyliśmy na nabrzeżu reprezentacyjnym tłum oficjeli, kompanię honorową szkoły morskiej i orkiestrę. Na statku tez wszyscy wystrojeni, my, jak głupki w mundurach, czekamy żeby podać cumy. Orkiestra gra, zostało już niewiele metrów do kei. Jeszcze tylko ostatnia komenda telegrafem maszynowym. Słyszymy dżwiek telegrafu………. Czujemy nagłe drżenie i wibracje pokładu. Statek zaczyna oddalać się od nabrzeża i nabiera prędkości. Widok min oficjeli na nabrzeżu był wart każdych pieniędzy :) Batuta powoli zamiera w dłoni kapelmistrza, dzwięki instrumentów nierównomiernie cichną…

CZĘŚĆ II – ODESSA

szampan+jak+wino+mocnaKapitan Gorządek walczył, żeby nie rozbić statku (płynącego z prędkością pół wstecz) o falochron . Niespodziewanie na pokładzie pojawił się 2 mechanik (pseudo Słodziutki) bardzo  zadowolony z wykonanych manewrów. Wszyscy czekali na straszliwy ryk Kapitana i potok bluzgów spadających na Sloodziutkiego, który z głupim uśmiechem spoglądał na oddalający się brzeg. A Stary spokojnym głosem kazał mu wracać do maszyny i prawidłowo reagować na komendy z mostka. Wtedy zrozumiałem, że spokój i zostawienie opierdolu na później są podstawą dobrego dowodzenia.

W końcu zacumowaliśmy i przebrnęliśmy przez część oficjalną. Nasze statkowe toalety zostały zamknięte, żeby nie zanieczyszczać „kryształowo czystej” wody w porcie. Musieliśmy korzystać z kibla na nabrzeżu, czyli betonowego pomieszczenia z dziurami w podłodze pokrytej śmierdzącymi fekaliami. Wizyta tam wymagała dużej odporności.

A w nocy zdarzył się cud!

Zbudziłem się rano i gnany potrzebą niechętnie poszedłem w kierunku kibla. Szykowałem się na uderzenie smrodu i kombinowałem, jak suchą stopą dotrzeć do celu. Otworzyłem drzwi i przeżyłem szok.  Myślałem, że pomyliłem drzwi. Znajdowałem się w pięknie wykafelkowanym, czystym i pachnącym pomieszczeniu. Przy takiej metamorfozie zamiana żaby w księcia, dyni w karocę to pikuś. Takie oto były cuda komunizmu, a ja miałem szczęście to przeżyć :)

Byliśmy na oficjalnej wizycie w Szkole Morskiej. Zwiedzaliśmy dobrze wyposażoną część dydaktyczną, akademik z ładnymi, kilkuosobowymi pokojami, z radiami, telewizorami. Full wypas. Na każdym piętrze, przy stoliku siedział umundurowany student służbowy. Szedłem przodem, a gdy natknąłem się na pierwszego służbowego, to ten zerwał się na nogi, strzelił obcasami i ryknął meldunek w kierunku oficera za moimi plecami. Mało nie dostałem zawału. Mieli też tam sale leninowskie, do których meble i ozdoby robili studenci w wolnych chwilach. Na regałach stały dzieła klasyków komunizmu i każdy chętny mógł je czytać.

Następnego dnia byłem z kolegą na mieście. Zaczepił nas student Szkoły Morskiej i po krótkiej rozmowie zaprosił na piwo. Chciał tylko zajść do akademika po ruble. Okazało się, że to inny akademik niż wizytowany wczoraj. Nie było służbowych studentów. Sale kilkunastoosobowe ze starymi żelaznymi łóżkami. W sali, gdzie mieszkał nasz nowy znajomy, z dumą pokazali nam małą plątaninę kabli i lamp. Okazało się, że właśnie zmontowali sobie radyjko i mogą posłuchać muzyki.

Doszliśmy do piwiarni. Wejścia pilnował bramkarz w „generalskim” mundurze, a spory tłumek spragnionych grzecznie czekał. Na hasło: „innostrańcy” weszliśmy natychmiast. Widząc „generała” pilnującego drzwi spodziewałem się eleganckiego wnętrza. A było podobnie jak w kiblu przed remontem, choć na podłodze, dla odmiany, pety pływały w rozlanym piwie.

Piwo dostosowało się do wnętrza – było ohydne. Z grzeczności wypiliśmy, drugiego odmówiliśmy pod pozorem konieczności powrotu na statek, na służbę. W drodze powrotnej poczułem ból głowy, który nasilał się stopniowo. Z trudem dotarłem na Turleja, padłem na koję i leżałem nieżywy przez kilka godzin. Tak cholernego bólu głowy nie miałem nigdy w życiu, nawet po wypiciu morza alkoholu. A ludzie stali w kolejce, żeby się takiego piwa – kilera napić – może masochiści?

 

Kolejnego dnia wieczorem, już z innym kolegą, postanowiłem napić się dobrego alkoholu w eleganckiej knajpie. Stać mnie było, gdyż korzystnie wymieniłem płytę „Procol Harum” na ruble. Znaleźliśmy fajny lokal, wchodzimy do środka. Wejście mamy smoka, bo jesteśmy w mundurach i gadamy po polsku. Nim zdążyliśmy się dobrze rozejrzeć podszedł jakiś facet i po polsku zaprosił do stolika. Spojrzeliśmy w kierunku, a tam trzy atrakcyjne trzydziestolatki uśmiechały się zachęcająco. Grzechem było odmówić!

Towarzystwo składało się z nauczycieli ze szkół Polski południowej na wymianie  kulturalnej.  Rozpoczęliśmy wesołe biesiadowanie, tańce i swawole, ale oczywiście wszystko na poziomie, czyli kulturalnie i z przebłyskami inteligencji.

W pewnym momencie nauczyciel odciągnął mnie na bok i konspiracyjnym szeptem powiedział, że zapłaci cały rachunek jeśli coś dla niego zrobimy. Otóż podobała mu się ruda psorka i chciał ją wykorzystać seksualnie. Niestety, panie trzymały się razem i nie miał szans na dyskretne uwiedzenie.  Mieliśmy zrobić trochę bałaganu i osłabić czujność brunetki oraz blondynki. Lubię pomagać ludziom, więc zgodziłem się.

Po paru godzinach zabawy półmiski opustoszały, w głowach lekko szumiało od bąbelków. Pora na romantyczny spacer, który pogłębi świeżą przyjaźń. Zaopatrzeni w kilka butelek szampana (wiadomo kto płacił) postanowiliśmy przespacerować się na sławne Schody Patiomkinowskie i w Parku Pionierów, na łonie natury, kontynuować imprezę.

Prymorskui Blwd – Mapy Google

Na górze schodów mijaliśmy „Monument of Armand-Emmanuel du Plessis, Duc de Richelieu”.

Monument of Armand-Emmanuel du Plessis, Duc de Richelieu

W nocy, przy słabym oswietleniu i gdy spojrzałem na pomnik pod odpowiednim kątem, przypomniałem sobie stary dowcip:

” W Związku Radzieckim ogłoszono konkurs na wiersz o Statui Wolności.
Do konkursu zgłosił się Wania.
Staje przed komisją:
– No jak Wania? Masz ten wiersz?
– Da!
– To mów.
– Stoit statuja, imiejet ch…ja. Riuka podniata, w riukie granata.
Komisja podrapała się w głowę:
– Wiesz Wania, to jest dobry wiersz, tylko żeby było bez tego ch…ja.
Wania wyszedł, po miesiącu wraca.
– No jak Wania? Poprawiłeś?
– Da!
– To mów.
– Stoit statuja, urze biez ch…ja. Riuka podniata, w riukie granata.
Komisja się lekko zdenerwowała:
– Wania! Ty nas nie zrozumiałeś! Masz wstawić coś w miejsce tego ch*ja! Poniał?
– Da!
Po dwóch miesiącach Wania staje znów przed komisją.
– No jak Wania? Poprawiłeś?
– Da!
– Wstawiłeś coś w miejsce tego ch…ja?
– Da!
– To mów.
– Stoit statuja, riuka podniata. A w miestie ch…ja wisit granata.”

Podzieliłem się nim z resztą towarzystwa budząc powszechny i radosny podziw trafnością mojego skojarzenia.

Zeszliśmy po kilkunastu schodach i zagłębiliśmy się w mroczne alejki Parku Pionierów. Po wyszukaniu uroczego zakątka i zajęciu wygodnych pozycji na ławkach raczyliśmy się „szampanskoje igristoje”.

Jak podaje Wikipedia:

„Szampan jest jedynym winem, po wypiciu którego kobieta pozostaje piękną, mówiła o nim Madame de Pompadour.

W 1961 r. Madame Bollinger w odpowiedzi na pytanie dotyczące picia szampana, zadane przez dziennikarza „London Daily Mail„, powiedziała: Piję go, gdy jestem radosna i gdy mi smutno. Czasem wypiję w samotności. Uważam to za obowiązek, gdy jestem w towarzystwie. Zabawiam się z nim, gdy nie mam apetytu, i piję go, gdy jestem głodna. Poza tym nie dotykam go nigdy, chyba że chce mi się pić.

W 1676 poeta londyński pisał: musujący szampan szybko dodaje sił biednym zmęczonym kochankom.”

Cytaty z encyklopedii szybko potwierdził swoim zachowaniem nauczyciel. Zaczął szeptać gorączkowo rudej koleżance do ucha, objął ją czule, a jednocześnie władczo. Po chwili zniknęli w ciemnościach i bujnej roślinności Parku Pionierów. Zgodnie z szatańskim planem znikniętego nauczyciela zrobiliśmy to co najlepiej oddają słowa piosenki „NASZE DZIECI (STARYCH NIE MA, CHATA WOLNA)” Zenona Laskowika:

„Potem każda z par się skryła

Wzorem starszych w kątach willi

Zgasło światło, cisza była…”.

 

Na statek wracaliśmy dobrze po północy. Przez kilka minut czailiśmy się na nabrzeżu i czekaliśmy na dogodny moment. Zwiedzeni pustką i spokojem wskoczyliśmy na pokład. Na nasze nieszczęście czekał tam, rozbawiony naszą naiwnością, trzeci oficer.

Rankiem czif wziął nas na prostowanie i ukarał BW, czyli bez wyjścia w następnym porcie.

CZĘŚĆ III – JAŁTA

Edytuj wpis ‹ Pod fale — WordPress

 

Zacumowaliśmy w Jałcie przy promenadzie pełnej turystów. Statek został otwarty do zwiedzania, a my robiliśmy za przewodników. Nie muszę dodawać, że chętnie dzieliliśmy się swoją marynarską wiedzą z nastoletnimi turystkami. Jako dżentelmeni puszczaliśmy je przodem i patrzyliśmy z troską, jak w swoich miniówkach wspinają się po drabinkach. I tyle mieliśmy radości.

Postój w Jałcie zapowiadał się nieciekawie. Razem z kolegą Leszkiem mieliśmy BW (bez wyjścia). Czif zadbał o to, byśmy się nie nudzili. Wyznaczył nas do pasjonujących zajęć: sprzątania rejonów i pomocy w kuchni.

Każdego dnia, po śniadaniu prawie cała załoga wraz z resztą studentów udawała się na wycieczki, wizyty.  A my zmywaliśmy naczynia, pucowaliśmy wszystko, co było do pucowania, obieraliśmy ziemniaki, warzywa i szykowaliśmy posiłki. Dodatkowo, jako element kary, nie mogliśmy szpanować w mundurach.

Chciałbym przypomnieć, że na Turleju odbywaliśmy rejs przyjaźni. Był to też rejs szkoleniowy. Mieliśmy nauczyć się morza, pracy na statku i w porcie, a przede wszystkim, radzenia sobie w trudnych sytuacjach. A my znajdowaliśmy się, na skutek decyzji Czifa, w takiej, na pierwszy rzut oka, beznadziejnej sytuacji. Cóż za wyzwanie dla młodych, zdolnych, a gnijących na statku, zbyt surowo ukaranych studentów!

pacific-princess-yalta-promenade

Szybko powiązaliśmy cztery fakty: paru członków załogi na burcie, rozległy front naszych prac, zakaz noszenia munduru, kolorowy tłum turystów na promenadzie.

Pierwsze dwa oznaczały, że po skończeniu zajęć w kuchni i okolicach zostawaliśmy praktycznie bez nadzoru. Ubrani w cywilne ciuchy, po skoku z burty na brzeg i wmieszaniu się w tłum, znikaliśmy z oczu statkowych obserwatorów. Nasze życie nabrało barw.

Rano machaliśmy na pożegnanie wycieczkowiczom, szybko odwalaliśmy robotę w kuchni i na rejonach. Potem robiliśmy krótkie wypady, zwiedzaliśmy Jałtę i brataliśmy się z płcią piękną.  Musieliśmy tylko być na statku podczas posiłków i zdążyć przed powrotem załogi z wycieczki.

Drugiego dnia grzeczni studenci zostali zaproszeni do obozu pionierskiego Artek (do 1925 roku Charta), znajdującego się u podnóża południowo-zachodniego zbocza góry Ajudah (Aju-Dah), nad brzegiem Morza Czarnego, w miejscowości Gurzuf.

Według Wikipedii: „Pierwotna nazwa pochodzi od nazwy uroczyska, znajdującego się w tym miejscu.

W latach 1900-1918 wieś Charta była własnością łódzkiego przemysłowca Gustawa Biedermanna[1].

500px-Artek001

16 czerwca 1925 został tu otwarty centralny obóz pionierski w ZSRR. Początkowo składał się z 4 brezentowych namiotów, obecnie jest to całe miasteczko, złożone z dziesięciu autonomicznych podobozów, mogących przyjąć jednorazowo (na turnus) 8000 dzieci. Z czasem stał się obozem międzynarodowym (w ramach współpracy, chociaż w okresie „komunistycznym” dość ideologicznie pojmowanej), przyjmującym grupy młodzieży z organizacji skautowskich, harcerskich i pionierskich z całego świata.

Przy obozie funkcjonuje przystań dla uprawiania sportów wodnych, stadion na 12 000 widzów, kilkadziesiąt boisk sportowych, 2 muzea – morskie i kosmiczne (znajduje się w nim skafander pierwszego kosmonauty ZSRR Jurija Gagarina oraz kopia pojazdu do badań powierzchni Księżyca Łunochod-2).”

Wspominałem w poprzedniej części, że korzystnie sprzedałem w Odessie longplaya „Procol Harum”, a dzięki chutliwemu, znikającemu nauczycielowi nie wydałem ani rubla. Teraz dałem te ruble koledze, żeby kupił jakieś godne zaopatrzenie na spotkanie z pionierami.

Wizyta u pionierów trwała cały dzień. Wieczorem, gdy ujrzałem powracająca grupę, nie miałem wątpliwości, że komunistyczne bratanie było udane. Kilka rzędów serdecznie objętych studentów miękkim, wężowym krokiem zbliżało się do statku. Na czele kroczył kumpel z rozradowaną gębą. Miał tak ugięte nogi, że wydawało się fizyczną niemożliwością, aby iść w ten sposób. Jemu się to udawało i w dodatku sprawiało wielką radochę. Okazało się, że pionierzy zapewnili dużą ilość płynów, aby nikomu nie zaschło w gardle podczas gier i zabaw sportowych. Efekt był taki, że do tej pory nie wiem, kto wygrał w siatkówkę – nasi, czy pionierzy. Chłopcy żałowali tylko, że tyle kartonów szampanskoje zostało na zmarnowanie.

Następnego dnia, w porze posiłku zjawiła się znajoma grupka – znikający nauczyciel z koleżankami. Byliśmy zapracowani, więc uczynni koledzy dotrzymali towarzystwa brunetce i blondynce.

Po obiedzie znowu większość załogi wyruszyła na zwiedzanie. Wracałem z kuchni na dziób, gdy zaczepił mnie młody tubylec. Spodobał mu się T-shirt, który miałem na sobie i chciał go kupić. Nie zrażał go fakt, że koszulka (błękitna z obrazkiem żaglówki) była przepocona i lekko ufajdana po pracy w kuchni. Ściągnąłem ją i wymieniłem na 20 rubli.

Od tubylców dowiedziałem się, że 100 metrów od statku jest knajpka, gdzie serwują fajne drinki. Wymknęliśmy się z Leszkiem i poszliśmy na degustację. W wysokiej szklance podano czterokolorowy napój. Warstwa każdego koloru miała około 2 centymetry wysokości i kolory nie mieszały się ze sobą. Piękny widok, delikatny smak i szokująco niska cena 1 rubla wprawiła nas we wspaniały nastrój.

Presja czasu ograniczyła konsumpcję do 4 drinków. Wróciliśmy radośnie na statek, po chwili wrócili ze zwiedzania koledzy i stanęliśmy na zbiórkę. Ja, na szczęście, w drugim rzędzie. I po 2 minutach wielokolorowy drink ujawnił swą ukrytą moc. Świat zaczął wirować, a nogi uginać. Czujni koledzy, z prawej i lewej strony, chwycili mnie dyskretnie pod pachy i utrzymali w pionie. Dotrwałem do końca zbiórki, a potem koledzy przetransportowali mnie pod prysznic, posadzili i odkręcili zimną wodę. Po pół godzinie poczułem, że jest mi zimno. A po następnych 2 minutach, mokry, ale pełen werwy i całkowicie trzeźwy, poszedłem się przebrać.

Tak oto szkoliliśmy się, aby potem stawiać czoła niebezpieczeństwom i wyzwaniom marynarskiego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>