1977 – Odessa, Jałta – rejs przyjaźni – część I.

UWAGA!!! TEN TEKST PRZEZNACZONY JEST WYŁĄCZNIE DLA LUDZI DOROSŁYCH I WYROZUMIAŁYCH.Akademik Wydział Nawigacyjny fot. Magdalena Bergańska_0 (1)

    W 1976 roku, po kandydatce na „Darze Pomorza”, naukę na wydziale nawigacji Wyższej Szkoły Morskiej   w Gdyni rozpoczęło 156 studentów.  Na pierwszym roku wylatywały głównie osoby mające problem z WF (szczególnie z basenem) lub wojskiem (raz w tygodniu były zajęcia w Studium Wojskowym). Drugi semestr został skrócony z uwagi na planowane w kwietniu wypłynięcie fregaty „Dar Pomorza” w rejs szkolny.  

Plan szkoły był prosty. Około stu najlepszych studentów ma popłynąć w kwietniu na żaglowcu „Dar Pomorza”, a reszta nieudaczników w czerwcu na trawlerze „Jan Turlejski”. O rejsie Daru Pomorza nie napiszę, bo nie mam o nim zielonego pojęcia.

Mogę się za to pochwalić, że (decyzją Kierownika Studium Wychowania Morskiego) zostałem starostą grupy 34 przyszłych załogantów Jana Turlejskiego :)

Akademik WSM przy plaży gdyńskiej tzw. skocznia opustoszał po wypłynięciu Daru. Jako starosta mogłem wywalczyć dla nas – sierot najlepsze pokoje i mieszkaliśmy sobie jak paniska. Na pierwszym roku byliśmy skoszarowani, czyli wszyscy studenci (miejscowi też) musieli mieszkać w akademiku, z którego można było wychodzić (obowiązkowo w mundurach) tylko na zajęcia, do biblioteki lub gdy  uzyskało się pozwolenie wychowawcy ze Studium Wychowania Morskiego.

Wstyd przyznać, ale jako 20 latek nie byłem zbyt obowiązkowy, sumienny i nie świeciłem dobrym przykładem. Niecnie wykorzystując stanowisko wychodziłem z akademika o dowolnej porze ubrany w cywilne ciuchy. Jeździłem do domu, do Olsztyna bez pozwolenia. Przemycałem dziewczynę do swojego pokoju – oczywiście przydzieliłem sobie fajny pokój, gdzie mieszkałem sam.

Jednak dobre nie trwa wieczne. „Dobry kolega” nie mógł znieść mojej demoralizacji. Próbując powstrzymać mój upadek poszedł do Kierownika po ratunek.  Moja kariera się załamała, a kolega niechętnie przejął ciężkie obowiązki starosty.

W końcu nadszedł początek czerwca i zamustrowaliśmy na „Jana Turlejskiego.

 TurlejskiJan Turlejski

 

 Statkiem dowodził Kapitan –  legenda: Wiktor Gorządek, first Polish Master Mariner of the Deep-sea Fishing.

Gorzadek

Szefem kuchni był Klemens Kobryn.  Dar niebios dla chudych, wygłodzonych studenciaków. Jeśli ktoś nie brał dokładki to szef stawał w drzwiach kuchni i patrzył grożnie. A prychał z ukontentowaniem, gdy kolega Krzysztof zajadał 11 talerz flaków zakąszając chlebem i kostkami masła.

Z całego, 89 dniowego rejsu pamiętam tylko migawki.

Przelot Gdynia – Brighton:

Na Bałtyku szalał sztorm – oczywiście tylko w odczuciu studentów. Mieszkaliśmy w kubryku na dziobie statku, a reszta: mostek, maszyna, kuchnia znajdowały się w nadbudówce, na rufie statku. Pogoda była na tyle zła, że droga z dziobu na rufę wymagała pewnego sprytu. Trzeba było czekać, aż fala wejdzie na pokład, a potem woda spłynie i szybko dotrzeć na rufę, żeby następna fala nie złapała po drodze. Bylo to nawet zabawne, bo mokry, drewniany pokład byl śliski i można było śmigać jak na łyżwach.    Na pierwsze 3 doby dostałem przydział do maszyny, na wachtę: 0000 – 0400, 1200 – 1600. Na dzień dobry (od północy do 0400), leżąc na plecach, za pomocą małej puszki, wybierałem z uszkodzonej pompy  emulsję.

 (Emulsjami nazywamy dwufazowe, ciekłe układy dyspersyjne, czyli mówiąc bardziej przystępnym językiem układy, w których w jednej cieczy, zwanej fazą ciągłą lub zewnętrzną, zawieszone są subtelne kropelki drugiej cieczy, zwanej fazą rozproszoną lub wewnętrzną. Emulsją jest mleko, majonez, kremy, maści, tzw. mleczka itp.Układ emulsyjny dwóch nie mieszających się cieczy określamy jako olej w wodzie (O/W) jeżeli hydrofobowa faza,  zwana „olejem” jest zawieszona w postaci rozproszonej w fazie hydrofilowej, zwanej „wodą”. Dla przypadku, gdy fazą ciągłą, zewnętrzną jest ciecz hydrofobowa („olej”) a cieczą zdyspergowaną jest ciecz hydrofilowa („woda”) mówimy o emulsji woda w oleju (W/O))

Definicja wygląda bardzo ładnie. Ale, przenosząc kapiącą puszkę nad twarzą, klatką piersiową i brzuchem, po kilkunastu minutach byłem cały umazany olejowym syfem. I miałem gdzieś, czy jest to ciecz hydrofobowa, czy też  cieczą zdyspergowaną jest ciecz hydrofilowa. A że statkiem trochę rzucało to chciało mi się też wymiotować. Mówiąc uczciwie chciało mi się rzygać na to  wszystko.

Po tym doświadczeniu uraz pozostal mi na całe życie. Maszynownia była miejscem, które najrzadziej odwiedzałem na statku.

Brighton, Anglia:

Wizyta w pubie, pinta piwa po o.47 funta (dniówkę mieliśmy o.45 dolara), kilka popijających piwo  staruszek, które łapały nas za rękawy mundurów, bo to przynosi szczęście. Inwalida o kulach podchodzi do jednorękiego bandyty (automatu), wrzuca bilon, umiejętnie wali kulą i sypie sie kupa pieniędzy, a on pakuje to do kieszeni i wraca do picia. Młody Anglik przy barze, który przerywa czytanie książki tylko wtedy, gdy wykonuje mały ruch ręką w kierunku barmana, a ten sprawnie wymienia mu kufel na pełny. W drodze na statek komentowaliśmy urodę mijanych Angielek – same kaszaloty. Nagle z bocznej uliczki wyszła ładna i zgrabna dziewczyna. Sunie miękko i kusząco przed nami. Wydaliśmy wielogłos zachwytu: o k…a, ja pi….ę, patrzcie jaka dupa i jak szczuje (teraz pewnie byśmy powiedzieli, że zajebista – nie lubię tego slowa), zerżnąłbym jak burą sukę itp., itd. Dziewczyna odwróciła się z wdziękiem, uśmiechnęła i powiedziała: „Jak to miło spotkać rodaków”. Mistrzostwo z jej strony! A było to w czasach, gdy większość Polaków mieszkała w Polsce.

Pireus, Grecja:

Podejście rufą do kei po rzuceniu 2 kotwic. Cała długość łańcuchów kotwicznych wykorzystana, a od kei wciąż dzieli nas 7 metrów wody. Żeby dostać się na ląd musieliśmy pływać szalupą. Zwiedzanie zabytków. Kupiłem sobie nóż – finkę harcerską.

Stambuł, Turcja:

Zwiedzanie zabytków. Mieliśmy stać 2 dni. Niedaleko kotwiczył szkolny żaglowiec niemiecki „Gorch Fock”. Kapitan Gorządek dowiedział się, że Niemcy będą zwiedzali Stambuł 4 dni. Uniósł się honorem i wydłużył nasz postój do 5 dni. Dostałem dyplom za przejazd mostem łączącym Europę z Azją. Kupiłem pamiątkę – drewnianą fajkę typu Zakopane.

Odessa, ZSRR:

Główny cel naszego rejsu. Wizyta przyjaźni w Szkole Morskiej. Po minięciu główek wejściowych zobaczyliśmy na nabrzeżu reprezentacyjnym tłum oficjeli, kompanię honorową szkoły morskiej i orkiestrę. Na statku tez wszyscy wystrojeni, my, jak głupki w mundurach, czekamy żeby podać cumy. Orkiestra gra, zostało już niewiele metrów do kei. Jeszcze tylko ostatnia komenda telegrafem maszynowym. Słyszymy dżwiek telegrafu………. Czujemy nagłe drżenie i wibracje pokładu. Statek zaczyna oddalać się od nabrzeża i nabiera prędkości. Widok min oficjeli na nabrzeżu był wart każdych pieniędzy :) Batuta powoli zamiera w dłoni kapelmistrza, dzwięki instrumentów nierównomiernie cichną…

Co było dalej proszę czytać w części II – już wkrótce.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>