Casablanca – „BOLEK G” – 7 miesięcy na „kapciu”- część VII.

Image: FILE PHOTO: 70 Years Since The Casablanca World Premiere CasablancaW Casablance, po odprawie daremnie oczekiwaliśmy na rozpoczęcie wyładunku. Trafiliśmy idealnie na początek strajku operatorów dźwigów.

Muszę ze wstydem przyznać, że nie pamiętam, jaki ładunek mieliśmy na burcie. Portu załadunkowego też nie jestem pewien. W poprzedniej części założyłem, że był w Anglii, ale moja pamięć sięga tylko w okolice Pas de Calais (Strait of Dover) od strony Morza Północnego, bo tam Kapitan po raz pierwszy zaszalał.

Ładunek był sypki, czyli do wyładunku potrzebowaliśmy dźwigu z grabą, czyli łychą no i, oczywiście, z dźwigowym. A ten strajkował.

Wolny czas wypełnili nam Stasie, czyli arabscy handlarze. Nazwa wzięła się od ich okrzyków: Stasiu kup! Jak chcieli wejść na statek z polską załogą, to na pytanie, do kogo chcą iść, mówili: Do Stasia.

Tego dnia głównym towarem były skórzane kurtki. Choć ceny były horrendalnie wysokie, zbliżone do cen w Polsce, dość szybko znalazł się frajer wśród załogi, który nie mógł się powstrzymać i kupił. Reszta targowała się ambitnie i, w miarę upływu czasu, ceny systematycznie spadały. Robienie zakupów nigdy nie było moim hobby, ale notowałem w pamięci kolejne obniżki cen. Nadszedł moment, że załoga zakończyła zakupy, a Stasie niechętnie zaczęli pakować towar. Wtedy ja, ze znudzoną i obojętną minę, zbliżyłem się do handlarzy. Ich nadzieja na ostatni deal odżyła i desperacko zaczęli o mnie walczyć. Dałem się namówić na zakup dwóch kurtek i niechętnie zapłaciłem za nie obie równowartość 60% ceny pierwszej sprzedanej kurtki. Jak widać, cena spadła o 70% w ciągu kilku godzin.

Strajk trwał nadal. Dostaliśmy ostrzeżenie z kapitanatu, aby nie opuszczać statku, bo sytuacja w porcie może wymknąć się spod kontroli.

Zdałem sobie sprawę, że w Maroku byłem w 3 portach: Casablanca, Safi i Jorf Lasfar.

Casablanca: Na początku lat 80 XX wieku jedyny raz byłem na zewnątrz portu. Pochodziłem po mieście ze trzy godziny i wróciłem na statek mając twarz, część klatki i przedramiona spalone słońcem. Tyle wspomnień z tego pobytu.

Casablanca: Rok 1985. Stasie kupowali wszystko. Sprzedałem przydział mydła, proszków do prania oraz stare koszule. Kupiłem 150 kg pomarańczy. Pomarańcze przywoził w 40 – 60 kilogramowych workach mały, chudy Arab na jeszcze mniejszym motorowerze. Wnosił te worki 8m po trapie, a potem na 4 piętro, do kabiny. Wyglądał jak mrówka niosąca jabłko.

Safi: Rok 1985. Kontynuacja rejsu z Casablanki powyżej. Ładowaliśmy jakieś fosfaty. System ładunkowy był rozszczelniony. Nad statkiem i nad keją unosiła się gęsta chmura białego proszku. Ze statku wychodziliśmy wykąpani i w czystych ciuchach, a dochodząc do bramy wyglądaliśmy jak młynarze pod koniec pracy, dokładnie utytłani w białym proszku. A na suku kupiłem 20 kilo najlepszych mandarynek, jakie w życiu widziałem i jadłem. Miały piękny kolor, łodyżkę z eleganckim, zielonym listkiem, a pomiędzy skórka, a miąższem półcentymetrową poduszeczkę powietrza. Genialnie się je obierało, a smak był nieziemski.

 

Na dźwig wszedł łamistrajk. Musieli go wziąć z łapanki, bo nie miał zielonego pojęcia o obsłudze. Gdy nie mógł wcelować w ładownię i dwa razy przywalił grabą w burtę, to zaprotestowaliśmy. Czekamy na kogoś bardziej kumatego lub koniec strajku.

 

Casablanca. Rok 1999. Na angielskim statku przywieźliśmy zboże. Kapitan, oficerowie, kucharz to Anglicy. Czif, czyli autor i szeregowcy to Polacy. Wyładunek trwał 10 dni. Dźwig brał łychą ziarno z ładowni i wysypywał go do hoppera (leja).

 

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dźwig ma podczepioną łyżkę (grabę, łychę), a duże, niebieskie to lej (hopper). W Casablance wyglądało to mniej elegancko.

Z leja ziarno sypało się do ciężarówek. Oprócz tego na kei znajdowało się krzesło, na nim policjant, a w tle leżały stosy drewna, między którymi ukrywały się kobiety z dziećmi. Co pewien czas ziarno wysypywało się z przeładowanego graba lub hoppera, bądź dźwigowy, zamiast do hoppera, sypał je obok. Wtedy kobiety z dziećmi wyskakiwały z ukrycia i szybciutko zgarniały ziarno do plastikowych worków. Gdy worki były pełne, podjeżdżali mężczyźni na motorowerach i je wywozili. Policjant siedział spokojnie na krześle i czytał gazetę lub drzemał. Co jakąś godzinę dostawał napadu dzikiej energii, zrywał się z krzesła i drąc mordę, drewnianą pałą przeganiał towarzystwo, które znikało pomiędzy stosami drewna. Po kilkunastu minutach mężczyźni zaczynali nieśmiało wychylać się z ukrycia. Widząc groźnie uniesioną pałkę znikali. Jednak po pewnym czasie policjant łagodniał i przyjmował negocjatorów. W końcu, udobruchany drobnym bakszyszem, zapadał w drzemkę. Dźwigowemu znowu drżała ręka i ziarno „przypadkowo” rozsypywało się na keję, kobiety zgarniały do worków, a mężczyźni wywozili. I zabawa trwała przez 10 dni wyładunku.

Polska część załogi miała pecha. Jak się dowiedzieliśmy, Polska popierała niepodległość Sahary Zachodniej, a król Hassan II i jego syn, król Muhammad VI uważają to państwo za część Maroka. W ramach retorsji Polacy mieli szlaban na wyjście do miasta.

Anglicy mogli wychodzić. Korzystał z tego kucharz. Codziennie, po kolacji szedł do miasta i pławił się tam w rozpuście. Za niemoralne prowadzenie spotkała go sroga kara. W parę dni po wyjściu z Casablanki na jego szyi i rękach zaczęły pojawiać się bąble i liszaje. Załoga straciła apetyt i przerzuciła się na jedzenie konserw. W następnym porcie przyjechał nowy Szef kuchni.

 

Strajk trwa w najlepsze. Spokoju na statku jednak nie mamy. Do portu wchodzi martwa fala i statek tańczy przy kei. Cumy nie wytrzymują ciągłych szarpnięć i co jakiś czas któraś pęka. Związujemy pękniętą linę lub robimy nowe oko.

 

Jorf Lasfar. Rozładunek siarki. Na początku jest to bardzo stresujące. Pył i smród jest wszędzie, wciska się przez zamknięte drzwi. Na pokładzie i dźwigach przygotowane węże strażackie. Siarkę wyładowują stalowymi łyżkami. Gdy łyżka uderza w stalową część statku, pojawia się iskra, pył siarki z hukiem wybucha i zapala się siarka w ładowni. Pierwszy odruch to ogłosić alarm, lecieć i gasić. Ale spoko. Dźwigowy spokojnie nabiera pełną łyżkę siarki i wysypuje na ogień. Ogień gaśnie i po kłopocie. Wybuchy i pożary wyglądały pięknie i niesamowicie – szczególnie w nocy.

Obchodziliśmy tam Święta Bożego Narodzenia, które umieściłem w piątce najgorszych świąt. Kucharze bardzo się postarali. Stoły były zastawione wieloma, smacznie wyglądającymi potrawami. Załoga wystrojona, piękna mowa Kapitana, życzenia, opłatek, a nawet kolędy. Ale…

Wszystko psuł wszechobecny smród siarki i niewidoczny pył, który wgryzał się w jedzenie i nadawał mu ohydny smak. Prawie niezauważalnie towarzystwo zaczęło się wymykać. Nie minęła godzina, a załoga, w niewielkich podgrupach, zaczęła alkoholem wypłukiwać siarę z gardeł.

 

Strajk zakończony. Wyładunek ruszył pełną parą. Nieustannie walczyliśmy z pękającymi cumami. Z zazdrością patrzyłem na duży statek przed naszym dziobem. Cumy mieli podane z wind cumowniczych, które same, automatycznie wybierały i popuszczały cumy. Do czasu!

Martwa fala stawała się coraz większa. Zauważyłem, że statek przed dziobem uruchomił silnik i używa go, aby utrzymać pozycję przy kei. Nagle coś im nie wyszło i jego rufa z dużą prędkością zaczęła zbliżać się do naszego dziobu. Drugi oficer poleciał na rufę, a ja na dziób. Dotarłem tam w momencie, gdy rufa dużego walnęła z hukiem w nasz dziób. Walnięty Bolek G zaczął szybko przesuwać się do tyłu. Cumy dziobowe rozciągały się i robiły coraz cieńsze. W chwili, kiedy zwolniłem hamulce i kotwice zaczęły opadać, cumy nie wytrzymały i pękły, a statek zwiększył prędkość do tyłu. W napięciu czekałem, aż/ czy kotwice chwycą dno i zatrzymają statek.

 

cumy1

Rysunek mocowania lin cumowniczych (1) – cuma dziobowa; (2) – brest dziobowy; (3) – szpring dziobowy; (4) – szpring rufowy; (5) – brest rufowy; (6) – cuma rufowa. Nieduże statki podają zwykle: po 3 cumy i 2 szpringi na dziobie i na rufie.

 

 

 

Jednocześnie widziałem jak szpring rufowy napręża się i staje się coraz cieńszy. Jeśli się nie zerwie, to zadziała jak sprężyna i dostaniemy ostrego szwungu do przodu. Z mojej perspektywy szpring miał grubość makaronu nitki, a jednak wytrzymał. Bolek G zwolnił i zatrzymał się, a następnie ruszył do przodu. Na nasze szczęście cumy rufowe przetrwały i razem z kotwicami utrzymały statek przy kei.

Przy okazji na dnie basenu portowego wylądował nasz trap. Uszkodzenia na dziobie nie były poważne i zostały naprawione w dwa dni, trap wyłowił płetwonurek. Dostaliśmy kilka nowych lin cumowniczych na rachunek statku, który w nas walnął.

Niestety, nowe liny nie przetrwały postoju w małym, uroczym, włoskim porcie, który okazał się weekendowym koszmarem. Ale o tym innym razem.

 

 

 

 

 

4 thoughts on “Casablanca – „BOLEK G” – 7 miesięcy na „kapciu”- część VII.”

  1. witek says:

    Fajne, kolejny odcinek z życia na morzu. :)

  2. Paweł says:

    Ładna ta strona ale chyba wena odleciała.
    Pozdrawiam
    PM

  3. Paweł says:

    Dalszy ciąg pls!!!!

    1. Captain Darek says:

      Ostatnio zajmuję się artystycznym malowaniem ścian :) Może w sobotę wieczorem napiszę coś o Seawayu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>